środa, 13 grudnia 2017

Co cesarskie – cesarzowi

Wakacyjny wynajem nieruchomości wiąże się koniecznością odprowadzania podatków – przynajmniej w swojej legalnej wersji. Nadszedł czas na zapłatę jednego z takich zobowiązań na rzecz hiszpańskiego urzędu skarbowego. Spróbuję tu jednak wyjaśnić trochę więcej z tematu hiszpańskie podatki.

I od razu zastrzeżenie – nie jestem księgowym ani tym bardziej pracownikiem jakiegokolwiek urzędu skarbowego. Jednak, tak jak w paru innych krajach Europy, hiszpańskie podatki da się płacić samemu. Zwłaszcza w tak ograniczonej skali, jak za wynajem jednego domku (co pewnie dotyczy znacznej części z was)... a może i dwóch.
Przekażę więc to, co sam poznałem. I co najwyraźniej trzyma się kupy, a jak dla absolwenta wydziału prawa – i obowiązujących przepisów. Najpierw

Jakie podatki?



podatki za dom w Hiszpanii
Przede wszystkim, coś co dotyczy wszystkich, czyli tzw. IBI Tax. Skrót pochodzi od „Impuesto sobre Bienes Inmuebles”, a jest to po prostu podatek komunalny. Wyceniany jest po wzięciu pod uwagę wartości katastralnej. Różni się on w różnych gminach, jak i w zależności od rodzaju nieruchomości. Waha się mniej więcej 0.405% do 1.166% wartości w zależności od powyższych czynników.
Samemu nie da się go ustalić i zapłacić. Trzeba odwiedzić lokalny urząd (Agencia Tributaria, SUMA Office) z dokumentami nieruchomości, pociecha w tym, że można to zrobić raz. Tam wyliczą nam ową należność wraz z podatkiem od wywozu śmieci. Ustanowimy również stałe zlecenie i raz do roku, pod koniec trzeciego kwartału owe podatki zapłacą się same.
Dadzą również papier, który dobrze zachować. Na nim – ale również na wydrukach z naszego konta bankowego online – powinna pojawić się wartość katastralna nieruchomości, która może nam się jeszcze przydać.

Następnie pojawiają się dwa podatki, od zysku z nieruchomości. Oba zapłacimy sami za pomocą formularza 210 (najczęściej znajdziecie go w internecie jako Form 210 albo Modelo 210), dla „Impuesto de la renta de no residentes, declaración ordinaria (IRNR)".
Pierwszy z owych podatków jest jasny, bo płacimy go od zysku z wynajmu. Należy go rozliczać kwartalnie, do 20 dnia kolejnego miesiąca po zakończeniu kwartału. Ale tylko, jeżeli ów wynajem był.
Drugi, płacimy rocznie, za poprzedni rok. A znany jest on często jako „Imputed Tax”, czyli „imputowany, przypisywany”. Dlaczego? Bo zapłaci go KAŻDY, nawet ten kto owego wynajmu nie miał. I właśnie za ten okres, kiedy go nie było. A to dlatego, że hiszpański "taxman" zakłada, że samo posiadanie takiej chaty jest już zyskiem („imputuje” nam zysk).
Wylicza się go na podstawie 2% wartości katastralnej lub 1,1% jeżeli owa wartość była urzędowo zmieniana od 1994 roku (inne źródła mówią – w ciągu ostatnich 10 lat). Czy zaś wartość była zmieniana, dowiecie się dzwoniąc do urzędu skarbowego lub pytając, będąc tam na miejscu.
Ową wielkość mnożymy następnie przez 19% (za rok 2016 i podobnie będzie za 2017). To stawka ustalona dla obywateli Unii Europejskiej.
Wygląda to ciut skomplikowanie, ale uwierzcie, takie nie jest. I kiedy procenty mnożycie przez procenty, to naprawdę nie wychodzi dużo.

I to by było na tyle. No chyba, że... zatrudniacie kogoś na miejscu, zapewniacie serwisy dodatkowe (choćby posiłki) to podpadacie pod opodatkowanie aktywności ekonomicznej (“Rendimiento por Actividades Económicas”). Ale to już zupełnie inna historia i chyba rzadko spotykana.


Jak to zrobić




podatek za wakacyjny wynajem nieruchomości
To co mówi wam wasza polska księgowa, czy jakakolwiek inna, niekoniecznie musi polegać na prawdzie. Bowiem – nie, nie można rozliczać podatku od dochodu z wakacyjnego wynajmu nieruchomości przy okazji rozliczania swojej działalności w Polsce. Czy w Wielkiej Brytanii, czy w Irlandii.
Owszem, istnieje umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania pomiędzy Hiszpanią a tymi i pewnie wieloma innymi krajami. Ale dla tego typu dochodu czyni ona wyjątek. Ma być on rozliczany tam, gdzie został pozyskany.

Można to zrobić samemu lub za pomocą firmy księgowej w Hiszpanii. Przy całym szacunku dla owych fachowców, biorąc pod uwagę ich koszta, wynajem może przestać się opłacać.

W Wielkiej Brytanii jest m.in. firma, która robi to za 29.95 funta plus ew. koszty wysyłki zeznania podatkowego (£12). Jeżeli jednak macie nieruchomość na dwie osoby, to pobierają od was opłatę dwukrotną. No a że trzeba to zrobić pięć razy w roku, to już się robi nieciekawa kwota. Oczywiście, dopóki nie będziecie pewni swego, nie nabierzecie wprawy, to jest to jakieś wyjście awaryjne.

Docelowo lepiej jednak polegać na sobie. Nie słuchać zaklęć, że się nie da, że jakie to skomplikowane. Owe zaklęcia wypowiadane są po to, aby pozyskać dochód. Człowiek po maturze (a może i bez) może się owej procedury nauczyć w dzień.

Formularz Modelo 210 to tylko jedna strona, może być po angielsku, a dużo tego nie ma. Tyle, że ewentualne błędy formularz pokazuje po hiszpańsku. Wcześniej czy później jednak dojdziecie do tego, jak to ma być.
Formularz składamy zatwierdzając go elektronicznie, następnie drukując i albo zanosząc do swojego banku w Hiszpanii albo wysyłając. Tu jest podstawowy problem – bo trzeba kogoś w tym banku mieć, kto zapłaci podatek z naszego konta i odeśle nam e-mailem potwierdzenie. W moim przypadku jest to osoba, która pilotowała zakup. Inni mogą wam poweidzieć, że "się nie da".

Najlepiej wszakże podczas pobytu w Hiszpanii wyrobić sobie w banku podpis elektroniczny. Wtedy całość przeprowadzimy nie wstając od komputera. Jak to mówią (a fe) „jak biały człowiek”.





środa, 18 października 2017

Pomóż sobie, pomóż przyjezdnym

Przydatne w wakacyjnym wynajmie


Wakacyjny wynajem nieruchomości niesie ze sobą różne koszta dodatkowe – nie tylko opłaty za dom - ale i dodatkowe możliwości zarobkowania. Promocja tego typu przedsięwzięcia jest miła, a dopomóc może jej szereg narzędzi, dostępnych przede wszystkim w internecie. Zresztą – w dzisiejszych czasach bez internetu w tym biznesie ani rusz.

Nie jest chyba tajemnicą, że znaczna część z nas, posiadających domy wakacyjne na wynajem, nie mieszka w Hiszpanii. To osoby z kraju nad Wisłą lub bardzo często z Wysp Brytyjskich. Nieruchomość trzeba doglądać, choćby od czasu do czasu. A i wybrać się na wakacje do siebie – to miła i raczej tania opcja. Koniecznością są podróże, bywa że dość częste.

Owszem, niektórzy wybierają się w podróż samochodem. To dość długa wyprawa. Interes może zrobić ktoś, kto mądrze pomyśli nad tańszą komunikacją zbiorczą na liniach Polska, Wielka Brytania – hiszpańskie wschodnie wybrzeże.
Jeżeli już jednak decydujemy się na takie eskapady, konieczne wydaje się ubezpieczenie od awarii a drodze. Dla niektórych takie zastrzeżenie to pewnie truizm, wiecie o tym i stosujecie. Jednak nie dla każdego. Zaś nawet ci, którzy w ową polisę są zaopatrzeni mogą sobie nie zdawać sprawy – Bogu dzięki nie mieli jeszcze awarii – że nawet niektóre duże i znane firmy, to szarlatani. Nie owijając w bawełnę, chodzi o to, aby pozbierać składki od frajerów, a potem, kiedy dojdzie co do czego, maksymalnie utrudnić im wyegzekwowanie tego, za co zapłacili. Spuścić po brzytwie. Inna sprawa, że niektórzy „giganci” rynku wydają się być po prostu nieprzygotowani do tego, co oferują.
Tę tezę opieramy na licznych opowieściach poszkodowanych, tak usłyszanych bezpośrednio, jak i przeczytanych na polonijnych forach. Dosłownie godziny spędzone na telefonie (licznik bije!), oczekiwanie całymi dniami na pomoc, która w dodatku nie może odbyć w takim zakresie, jak to obiecywano. Stosunkowo rzetelna wydaje się ta firma. Jej prawie tak samo duzi konkurenci byli zaś autorami wielu opisywanych szeroko „numerów”.

Chyba już większość daje sobie więc z trakcją kołową spokój. Ale bilety lotnicze bywają bardzo drogie w sezonie wakacji szkolnych. Zwłaszcza, po ostatnich zawirowaniach na rynku lotniczym. Ci, którzy przejęli znaczną część schedy po firmie Monarch, wydają się jeszcze drożsi. Ryanair mimo problemów z pilotami raczej nie jest aż tak drogi, ale przecież w czasie ferii i oni znacznie podnoszą ceny.
Lekarstwem mogą być porównywarki cen biletów lotniczych. Zwłaszcza takie, które pozwalają np. łączyć loty (takie najczęściej są tańsze). Pożyteczną funkcją jest pokazywanie całego miesiąca. A już najbardziej przydaje się ustanowienie alertu cenowego. Ustawiamy w porównywarce parę interesujących nas dat i polecamy powiadamiać nas e-mailem, kiedy cena się zmieni. Aby upolować okazję, nie musimy więc ciągle przeszukiwać ofert linii lotniczych samemu. Wszystkie te opcje daje nam Skyscanner, dostępny również po polsku. Inną ciekawą, świeższą opcję podbnego typu jest Kiwi.

Podróż to ważna kwestia, wszak nawet jeżeli wy znajdujecie się na miejscu, to przecież wasi goście jakoś dojechać muszą. Warto więc być zorientowanym w tej tematyce, bo choć wielu poradzi sobie samemu, to wciąż są tacy, którym trzeba doradzić. Jeżeli umiecie zrobić to skutecznie, to wasza wartość wzrasta.

Podstawowa kwestia to jednak wynajem. Do tego powracać będziemy jeszcze pewnie niejednokrotnie, a tym razem parę uwag dotyczących platform udostępniających nasze oferty.
Chyba najmocniejszą z nich wydaje się booking.com. Ma sporo zalet – np. dość agresywnie przedstawia waszą ofertę. „Zostały już ostatnie miejsca!” - o co zresztą niedawno oskarżano go w prasie, że to wprowadzanie w błąd. Jest bardzo popularny. Jednak są też wady. Wasze pieniądze przesyła ze znacznym opóźnieniem. Do tego robi to na konto w kraju, w którym jest nieruchomość. A może wy nie chcecie, aby byle kto widział, ile wam wpływa gotówki? Prawda? ;-)
Jest Airbnb. Dość popularne i płaci szybko. Tyle, że nie każdy lubi weryfikacje i konieczność zapisu, które tu trzeba przechodzić – również, kiedy jest się turystą. A owe formalnością tak uchroniły tejże platformy przed szczególną niechęcią miejscowych urzędników, zwłaszcza w Hiszpanii.

No i wreszcie jest Tripadvisor i jego różne mutacje. To oprócz narzędzia do wynajmu, świetny portal informacyjny i dający możliwość zamieszczania ocen, czy wręcz opowieści o różnych lokalizacjach. To z niego turyści mogą się dowiedzieć wiele o miejscowych atrakcjach i to na podstawie wrażeń takich samych ludzi jak oni. Polecamy.

W ustawieniach oferty posiada ciekawe opcje, jak np. możliwość ustanowienia „changeover day”, czyli dnia przerwy pomiędzy wynajmami (na sprzątanie), itd.  Aha – i płaci szybko!
Ciekawą opcją jest Homeaway. To również instytucja ogólnoświatowa, dość popularna też wśród Amerykanów. Wygodna w użyciu. Szczerze mówiąc pierwszych chętnych na apartament miałem stąd w godzinę po wystawieniu oferty. Za szybko! I tu uwaga – wszystkie te platformy możecie zsynchronizować, tak aby rezerwacje nie pokrywały się. Ja nie zdążyłem, ale Homeway na szczęście nie pozwolił na rezerwację od razu, ale tylko na zapytanie o dostępność.

Tych platform jest oczywiście więcej, tak międzynarodowych, jak i lokalnych. Wyżej wymienione zaliczają się do największych. Można używać też przecież mediów społecznościowych – przy czym trzeba uważać na oskarżenie o spamowanie – no i serwisów ogłoszeniowych. Tyle, że one nie obsługują chociażby płatności i nie mają takiego zasięgu.
Nie brak i innych opcji ułatwienia sobie działalności. I to jak zwykle, jest temat do szerszej dyskusji.

środa, 27 września 2017

Nie dajcie się oskubać

czyli wybór administratora nieruchomości wakacyjnej


Wakacyjny wynajem nieruchomości, to biznes, którym rzadko można zajmować się całkowicie samemu. Z reguły koło nas kręcą się firmy/ludzie, którzy „chcą nam pomóc”, według niektórych – na nas żerują – a na pewno po prostu robią swój biznes. Co samo w sobie jest zupełnie normalne, choć warto przyjrzeć im się dobrze i powiedzmy sobie szczerze – traktować jednak instrumentalnie, bez sentymentów.

wynajem domu na wakacje
No niestety. Jakbyście się nie lubili, przecież oni was zostawią na lodzie, kiedy robota dla was przestanie im się opłacać. Nie robią tego z dobroci serca (choć mogą być całkiem sympatyczni i mili), to jest po prostu interes. I kiedy wam oni przestaną się opłacać, to się ich też pozbądźcie.

Poczynając od agencji, która organizowała dla was zakup nieruchomości. Miała zajmować się i wynajmem, prawda? Tymczasem nagle straciła wami zainteresowanie. Niby tym wynajmem się zajmuje, ale o ile przedtem dosłownie wam nadskakiwali, to teraz nawet skontaktować się trudno.
Zaś administrując dla was nieruchomość, liczą sobie za wszystko jak za zboże. Do tego reagują na wszystko powoli (mañana?) i mają ograniczone godziny urzędowania. Tak dla was, jak i dla waszych lokatorów - po prostu ich najczęściej nie ma. Tak więc – do widzenia.

Tłumaczyć nie trzeba, że w wyborze administratora (nie przesadzajmy – czasami po prostu sprzątacza, który też da klucze) cena jest jednym z głównych kryteriów. To nie może być tak, że w rzeczywistości to zarabiali będą wszyscy którzy się kręcą wokół was, a dla was pozostaną jakieś ochłapy, po odliczeniu kosztów.
Bierzmy też pod uwagę, ile zarabia ludność w tym kraju – o ile w ogóle zarabia. To sugeruje, że da się bardzo często znaleźć kogoś, kto będzie dla was pracował taniej. Tyle, że nie trzeba się ograniczać do rodaków. No i żeby ten lokalny "dobry człowiek" miał jakąś etykę pracy...

Wypada zwrócić uwagę na techniki, którymi posługują się administratorzy. Bywa, że opierają się one na odpowiednim użyciu słowa. Np. „Czynności związane z meldowaniem i wymeldowaniem wczasowiczów”, „Meet and greet” itd. Ale jakie, cholera, czynności? Po prostu daj mój klucz człowieku, a później zabierz. To, że ewentualnie (jeżeli nie było to wcześniej wliczone w cenę) weźmiesz od turysty pięć dych (tak, są tacy) albo stówkę za sprzątanie – to twój biznes, a nie mój.
Jaki cel ma piękne lub obszerne nazywanie „czynności”? Ano taki, aby sprawić wrażenie, że jest ich więcej niż naprawdę jest, względnie są jakoś tam skomplikowane. A co za tym idzie – droższe.

Inna obserwacja dotyczy polityki cenowej. Otóż dostajecie na początek taką fajną, przystępną... Po czym okazuje się, że trzeba by za coś jeszcze dopłacić. Tzn. płacić więcej systematycznie. Następnie wypadałoby zrobić to lub tamto – dopłacić. Czy wreszcie inflacja. Słowem – powodów może być wiele. I owszem, zdarzają się takie obiektywne. Ale w niektórych przypadkach zachodzi podejrzenie, że cena początkowa to była wypucha, przynęta. Po niej nadchodzą ceny „kroczące” i stajecie się ofiarą procesu mającego wyciągnąć z was więcej i więcej.

Często nasi „administratorzy” twierdzą, że zajmą się wszystkim...
Robią wszystko? Naprawdę? „Niech się pan/pani nie martwi, wszystkim się zajmiemy”. Zauważyłem, że owszem bywają „administratorami”, ale tylko do momentu, kiedy nie pojawią się problemy. Wtedy, załatwiaj sobie sam.

Jak widać powyżej, użyłem sformułowań nie tylko polskich. Bo dla jasności – nie chodzi tu o polskie firmy/osoby obsługujące właścicieli nieruchomości wakacyjnych. Czy też, nie tylko o polskie.
A jednak - uwaga! Polecam spiknięcie się z Anglikami. U nich jakoś łatwo da się wiele rzeczy załatwić, są elastyczni i tacy „easygoing”.
Co nie znaczy, że nie ma wcale sumiennych, polskich administratorów. Trzeba szukać, pytać, analizować, porównywać. A wiedzą dzielić się z innymi na publicznych forach i w ten sposób rynek się zdyscyplinuje. No i konkurencja będzie miała zdrowsze podstawy.

wtorek, 11 lipca 2017

Nie tak łatwo z tym wynajmem

Chcąc wynajmować swoją nieruchomość w Hiszpanii musicie wziąć pod uwagę, że to może być źródło dochodu, nawet trochę zabawy – ale i co najmniej kilka problemów.  Poruszę tu te prawno-skarbowe. Bo tu jest niezły bałagan, uwarunkowania się zmieniają; a wynajem jest dozwolony... ale i nie.

I nie mam tu na myśli tych regionów Hiszpanii, gdzie mówią nie-rezydentom całkowicie nie i już. Ale gdzie indziej jest tak, że na dwoje babka wróżyła. Bo regiony hiszpańskie pod względem prawodawstwa, czy też jego części, się różnią.
Tak więc możliwa jest np. taka sytuacja, że prawo zasadniczo dopuszcza wynajem nieruchomości wakacyjnych, ale utrudnia tak, że praktycznie uniemożliwia poprawne rozliczenie podatku – choć dalej za brak tegoż rozliczenia karze.

Ale po kolei. Licencja turystyczna wydaje się być podstawowym warunkiem, który trzeba spełnić, aby wynajmować turystom dom w Hiszpanii. Aplikować o nią może każdy, nie-rezydent też - i po spełnieniu określonych warunków ją dostać. Owe warunki dotyczą przede wszystkim stanu nieruchomości. Proces jest stosunkowo prosty, choć jeśli ktoś nie zna hiszpańskiego, lepiej skorzystać z pośrednika.
I tu pojawia się pewien problem. Pośrednikami dla wielu z nas bywa firma, która pomagała wcześniej w zakupie nieruchomości. Ale tym, którzy już sprzedali wam chatę, nagle przestaje śpieszyć się z innymi usługami, już po sprzedaży. Grunt, że wam towar już upchnęli. No i w ogóle w tym kraju mało komu się śpieszy. A wy już ów dom posiadacie, chcielibyście na nim zarabiać – a nie tylko do niego dopłacać.
Dobrze by było również sprawdzić, na kogo oni tę licencję wyrabiają. Czy będziecie właścicielami owej licencji? Czy też np. będzie nim właściciel agencji nieruchomości? Ma to znaczenie zwłaszcza, kiedy pójdziecie już na swoje. Bo z takimi firmami nie zawsze da się dojść do porozumienia, o czym tu pewnie jeszcze będzie.

Rozliczanie się z podatków jest czynnością wtórną, ale bynajmniej nie drugorzędną. Niektórzy wszakże nie mają z nią żadnego problemu. Dlaczego? Bo działają po partyzancku – nie płacą żadnych podatków. Nic na ten temat nie wiedzą, uważają że jakoś to będzie, że hiszpańskie władze podatkowe nie mają jak dowiedzieć się o ich dochodzie osiąganym w tym kraju. Naciągają kołdrę na oczy i myślą, że ich nie widać.
Fakt, można tak działać długo. Ale gwarancji ile – nie ma. A Hiszpanie lubią karać ciężko. W asortymencie kar jest również zajęcie nieruchomości.

Problem jest jeszcze inny. A mianowicie ci, którzy chcą płacić podatki, nie za bardzo mogą to robić zgodnie z prawem. A to dlatego, że nie-rezydenci powinni składać osobne zeznanie podatkowe za każdego lokatora/turystę, a w tym zeznaniu powinien znaleźć się numer identyfikacji podatkowej owego turysty (zobacz interpretację podatkową). Nierealne, prawda? Cóż, taki kraj.
Są jeszcze tacy, którzy rozliczają się u siebie w kraju. Jednak umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania nie obejmuje wynajmu wakacyjnego. Za ten trzeba płacić podatek w kraju, w którym jest nieruchomość.

No i tacy, którzy korzystają z usług jakiegoś biura księgowego. Niektóre bowiem z nich stosują różne tricki – np. ładując cały przychód na jeden numer identyfikacji podatkowej, czy też na jednego płatnika. Tak jednak, według powyższej interpretacji prawa, nie można.
Są też biura, które po prostu wypełniają dla nas formularz wpisując to, co im powiemy – podany przez nas przychód i wydatki – oraz zostawiając w deklaracji pusty numer płatnika (turysty). Tak też nie można.
Nie mówią wam wszystkiego. Bo by się was pozbyli i nie mieli dochodu. Tak jak strony agencji nieruchomości polskich, brytyjskich i innych oraz posty na różnych forach. Przypominają, że w ogóle to płacić trzeba, omawiają stawki podatkowe, gdzie te podatki należy płacić itd. (to wszystko prawda); tylko nie mówią za co i jak (za każdego klienta, na osobnym zeznaniu, z nr identyikacji podatkowej turysty, co kwartał).

Od razu was nie znajdą. Co będzie później – może dobrze? - to się zobaczy.   

piątek, 7 lipca 2017

A jednak to zrobiłem - dom w Hiszpanii jest mój




Okazało się, że jest sens jechać i jest sens coś załatwiać. Jadąc sam, bez żony, nie mogłem załatwić wszystkich formalności - nie mamy rozdzielności majątkowej - ale po wyborze chaty, dało się sporo załatwić zdalnie. No... plus jeszcze jedna wizyta. Już razem.

nieruchomości w Hiszpanii
Zanim wsiadłem do samolotu, przeczytałem wszystko co mogłem o zakupie niruchomości w Hiszpanii i przeglądnąłem dostępną ofertę. Wybrałem kilka nieruchomości. Ich listę przesłałem moim pośrednikom. A do tego szereg informacji osobistych, dotyczących przede wszystkim sytuacji finansowej. Dzięki temu bank był już w pewien sposób przygotowany na mój przyjazd.

Niestety, niezbyt przemyślałem wybór pośrednika... Będzie to trochę niewygodne później (jak się okaże), ale o tym innym razem.  A tymczasem firma na Costa Blanca pokazywała się z jak najlepszej strony.

Wybór
Zarezerwowałem bilet w dobrym terminie, tanio. Na miejscu zarezerwowano mi hotel. Transfer z lotniska do hotelu to też nie był mój problem.
Na pierwszą wizytę wystarczyły dwa dni. Obejmowała ona wizytę w banku, gdzie spotkałem się z jednym z dyrektorów. Bez kolejki. Tak, ktoś kto dobrze siedzi na tym rynku, w ten sposób załatwia sprawy. Tzn. jak dokładnie to załatwia, to nie wiem, ale to kraj południowy, „elastyczny” jeżeli chodzi o podejście do człowieka w biznesie...

Następnie zawieziono mnie do szeregu nieruchomości. Niestety, niektóre z wybranych przeze mnie zostały w międzyczasie zarezerwowane przez kogo innego. Mógłbym to sam zrobić wpłacając 3 tys. euro zadatku, ale nie chciałem. Inne – wyglądały ładnie tylko na zdjęciach. Ale od czego są pośrednicy, którzy zaproponowali mi coś, co pojawiło się właśnie lub czego sam wcześniej nie dostrzegłem. No i wybrałem apartament. Wpłaciłem zadatek bukując nieruchomość – i wyprzedzając parę, która zdecydowała się na to parę minut za późno...

Był jeszcze czas na parę piw, oglądnięcie okolicy. I powrót do Anglii. W tym czasie bank ruszył z procedurą aplikacyjną pożyczki mieszkaniowej. To była tylko formalność, ale chwilę trwała. Podpisywałem papiery przysłane mi e-mailem, ale trzeba było jeszcze przyjechać sfinalizować transakcję. Wraz z żoną, jako że obydwoje jesteśmy na umowie, a przede wszystkim nie mamy rozdzielności majątkowej.

Rozrywkowo i... nudno

Kolejna wizyta, tym razem rodzinna, obejmowała znów rozrywkę i formalności. Tym razem długie. Zabrano nas na wycieczkę do innego miasta w celu wyrobienia numeru identyfikacji podatkowej. Znów bez kolejki... Ręka, rękę myje. W tym czasie w biurze nieruchomości zabawiali nasze dzieci. Tu się da naprawdę wiele załatwić!
Najdłuższą częścią wizyty było wysłuchanie odczytania nam umowy przez tłumacza przysięgłego. Taki wymóg. Przysypiałem, a za oknem był pub irlandzki...
Kolejne elementy formalne, to wizyta u notariusza, ostateczne podpisanie dokumentów i przekazanie kluczy. Zostaliśmy właścicielami Ostatnim punktem urzędowym, było szybkie otwarcie konta, wraz z obsługą internetową.

Można było oddać się kolejnym przyjemnościom rozpoznania terenu połączonym z pierwszymi zakupami dla nowego domu. Telewizor, pościel, naczynia itd. Zleciliśmy też w naszym biurze nieruchomości parę napraw i dokupienie nam mebli z drugiej ręki.
Kiedy w Hiszpanii trwał mini-remont – a trwał parę tygodni, bo oni pracują nawet skutecznie, ale bywa że wolno – dosłaliśmy z Anglii paczkę z drobiazgami ozdobnymi dla domu. Kosztowały w dyskoncie kilkadziesiąt funtów, a dom wygląda szykownie. I już zaczął się wynajmować!