sobota, 26 września 2020

Na teraz i na po pandemii


Jednego możemy być pewni –  to wcześniej czy później się skończy. Czy też zostanie opanowane. I znów będziemy jeździć, zwiedzać, bawić się jak dawniej. Aczkolwiek są takie zakątki, gdzie można wybrać się już teraz, unikając tłumów. Poznajcie miejsce wybrane najlepszą plażą w Hiszpanii przez czytelników renomowanego Condé Nast Traveler w 2020 roku.

Bynajmniej nie jest to „miejscówka” na żadnym Costa Blanca, Costra Brava, Costa del Sol – czy innym bardzo popularnym wybrzeżu Półwyspu Iberyjskiego. I nie jest to nic wielkiego, tłumnie odwiedzanego przez turystów. I dobrze. Ale ludzie wiedzą o miejscu. Ci trochę lepiej zorientowani. Dlatego, z tego co wiemy, to nie po raz pierwszy uznali tę plażę na Wybrzeżu Kantabryjskim za najlepszą w tym kraju.

San Antonio de Mara=

Condé Nast Traveler to luksusowy magazyn o podróżach i o stylu życia wydawany od ponad 30 lat w Nowym Jorku, choć czytany jest na całym świecie (posiada też wersję brytyjską). Pismo zdobyło m.in. 25 nagród National Magazine Awards. Wychodzi tylko osiem razy w roku – ale jest co poczytać. Wybory jego czytelników są bardzo często omawiane w innych publikacjach i skłaniają innych do podróży.

Asturia nie jest regionem, o którym myśli najpierw turysta planujący swoje wczasy w Hiszpanii. Niemniej to kraina równie piękna jak inne. I to w niej znajduje się owa biała, piaszczysta plaża, otoczona przez skaliste formy ukształtowane przez wodę i wiatr. W pobliżu rozpościerają się do tego zielone łąki, wspaniale kontrastujące z bielą skał i granatem morza.

Miejsce nazywa się San Antonio de Mar, leży w gminie Llanes, na asturiańskim wybrzeżu Costa Verde. Owszem, podczas letnich miesięcy i tu przybywają wczasowicze, nie omijając i owego urokliwego zakątka, jednak nie ma „dzikich” tłumów. Może dlatego, że nie leży przy głównym szlaku?

wybrzeże Kantabryjskie

Dostać tu się można tylko pieszo, z Picones albo wędrując z bardziej popularnej plaży Cuevas del Mar, której zresztą też nie można niczego odmówić (położona w podłużnej, skalnej zatoczce). Obie plaże oddziela długi masyw skalny, z przylądkiem Punta San Antonio, od strony morza – i obszar łąk, po którym wiedzie ścieżka. Wędrówka trochę trwa, ale się opłaca. Po drodze napotkamy stadninę i zobaczymy w oddali kaplicę-pustelnię San Antonio.

Można tutaj zobaczyć np. gejzery, a to podczas przypływu i wzburzonego morza. Powstają one w ten sposób, że woda morska jest wtłaczana do jaskiń i tuneli pod skałą, po czym wydostaje się na powierzchnię przez otwory, swego rodzaju naturalne „studnie” w kamiennym podłożu. Teren stanowi obszar krajobrazu chronionego.

najlepsza plaża

Plaża nie jest duża – mierzy 70 metrów dlugości i 50 szerokości. Nie ma tu żadnych urządzeń dla plażowiczów, żadnych parasoli, leżaków, toalet; miejsce jest praktycznie dzikie. Do dyspozycji jest piasek i woda.
Ograniczają ją oczywiście położone po obu stronach skały. Dzięki nim miejsce jest chronione przed wiatrem. Kąpiąc się należy jednak pamiętać o silnych prądach.
 A na skałach warto stanąć dla wspaniałych widoków rozpościerających się na okolice wybrzeża Llanes i góry Picos de Europa.

Warto zwiedzieć też miasteczka Llanes, Ovio, Picones i Ribadesella oraz popróbować miejscowej, wciąż dość tradycyjnej kuchni. W okolicy nie brak kwater prywatnych, pensjonatów, nie ma za to wielkich betonowych hoteli, charakterystycznych dla przeciwległego wybrzeża Hiszpanii.


 

sobota, 8 sierpnia 2020

Drobne i mniej drobne niedogodności

 

Posiadanie mieszkania na wynajem w Hiszpanii może nieść ze sobą pewne korzyści finansowe i być po prostu frajdą - wszak kiedy nam pasuje korzystamy z niego sami. Niestety, towarzyszy mu również kilka niebezpiecznych pułapek, czy innych niedogodności, które wynikają bądź to z sytuacji ogólnej bądź z uwarunkowań hiszpańskich. 



Jakiś czas temu wspomnieliśmy tutaj o „dzikich lokatorach”, którzy właśnie w warunkach hiszpańskich mają szczególnie łatwe zadanie, aby rozgościć się na waszych włościach. Są wręcz chronieni przez państwo.

Problem ów dość systematycznie powraca na forach polskich i opiniach innych expatów. Nie może być inaczej, skoro fo tej pory nie został logicznie rozwiązany. Najwyraźniej większość społeczeństwa, w tym również hiszpańskiego, widzi bezsens takich uregulowań, ale dalej nikt z tym nic nie robi. Bezsens - bo jest to prawnie usankcjonowane bezprawie.

Mnie tylko dziwi, jak to możliwe, że taki potworek legislacyjny powstał w kraju, w którym przez dekady działał rząd skrajnie prawicowy. Nie, nie narodowo-socjalistyczny, czyli taki, który daje robotnikom, chłopom i nierobom, po czym barwi to elementem tradycji narodowej. Taki jest tak naprawdę lewicowy. Tu był prawicowy, czyli oparty o własność, arystokrację i Kościół; generalnie o warstwy wyższe.
No chyba, że stało się tak dlatego, że element skrajnie przeciwny, czyli lewicowy, tutaj nigdy nie wyginął i wreszcie podniósł łeb. Po czym daje cudzą własność różnym szumowinom.

Miejmy nadzieję, że to wynaturzenie, czy wręcz zboczenie systemu prawnego, zostanie kiedyś wyleczone. Gorzej z tym, co nie wynika z „hiszpańskości”, a dotyka obecnie całego świata. Takie epidemie jak to, co doświadczamy obecnie, to cios w gospodarkę, w turystykę szczególnie, a w tym i w nieruchomości wakacyjne. 

Z tą pandemią pewnie wcześniej czy później damy sobie rady. Jednak problem jest głębszy. Jak spodziewają się naukowcy, różnego typu nowe epidemie mogą się pojawiać coraz częściej. Przyczyny tego są naturalne, jak i sztuczne, sprowokowane przez człowieka. I jak sobie z tym radzić na rynku turystycznym? - dobrej recepty póki co nie wynaleziono.
Wiadomo, że pobyt w osobnym domku w takim właśnie czasie ma swoje zalety, które można zachwalać turystom. Nie stykamy się z hotelowym tłumem, korzystamy z własnych pomieszczeń i urządzeń, łatwiej trzymać dystans. Nie trzeba też tłoczyć się na miejskich plażach, a lepiej pojechać gdzieś dalej, poznać zalety regionu. Słowem, można mieć zdrowe i wciąż wspaniałe wakacje. Grunt, żeby w ogóle nie zakazano wyjazdów...

A kiedy o siłach natury mowa, to zauważyłem tutaj inną niedogodność. Rzadką na szczęście, ale bywa, że bardzo dojmującą w skutkach. Otóż pogoda w Hiszpanii, zwłaszcza na południu, nad morzem, jest z reguły znakomita. Na Costa Blanca ponad 300 dni słonecznych w roku itd.

Ale mniej więcej raz-dwa razy do roku trafia się naprawdę zła pogoda. Nie, nie tak zła jak w Polsce czy w Anglii. Katastrofalna. Taka, która nie tyle goni turystów, ale która zalewa mieszkania, a nawet burzy budynki. Woda plynie ulicami, a policja zakazuje wychodzenia z domów. Są ofiary, nie mówiąc o poważnie uszkodzonych nieruchomościach i zniszczonych pojazdach. Jak już leje, to na całego.

W tym kontekście pojawienie się śniegu kilka lat temu na dwa dni brzmi dość humorystycznie. Inna sprawa, że dla nieprzyzwyczajonych do tego tutaj, to może być problem. U mnie skończyło się tylko tym, że kiedy „wywaliło korki”, turyści uciekli, twierzdąc, że „wichura zerwała kable”. 

Ja już nie wspomnę, że w Hiszpanii bardziej możliwe są trzęsienia ziemi. Ostatnie, które obróciło w ruinę Vega Baja (teren na południu Costa Blanca) było w XIX wieku co prawda, do tego nauczyliśmy się nieco przewidywać podobne kataklizmy, więc może nie będzie tak źle... Generalnie taka jest specyfika południa Europy.

Spotkałem się ostatnio z innym jeszcze problemem dla wynajmu wakacyjnego, wynikającym znów z działalności ludzkiej, czy też uwarunkowań prawnych. Otóż rada osiedla (urbanizacion) może dużo – np. zakazać wynajmu wakacyjnego lub wynajmu długoterminowego. I nic im się nie da zrobić.
Owszem, można i należy przeprowadzić wywiad już na etapie kupna, jak wygląda sytuacja w tym temacie. Gorzej, jak coś odbije im później. Oni nie słuchają argumentów, że „przecież kiedy ja kupowałem tę chatę, to to wynajme był dozwolony i co ja mam teraz zrobić”.

Problemem dla nich jest wszakże to, że zarząd – składający się np. z trzech emerytów, którzy chcą mieć spokój - takiej decyzji sam podjąć nie może. W moim przypadku „junta”, w której wy też możecie uczestniczyć, odrzuciła pomysł. No bo w składzie zgromadzenia ogólnego mieszkańców przeważać mogą inni. Tacy jak wy.
Warto jednak i na ów problem uważać. Jak i mieć na uwadze wszystkie pozostałe. Bynajmniej nie zniechęcam nikogo do posiadania domu na Półwyspie Iberyjskim, ale warto zabezpieczyć się przed tym, przed czym się da, a o innych rzecach... no cóż, pamiętać.

A tymczasem cieszmy się tym co mamy i trzymajmy się zdrowo!

  


środa, 8 kwietnia 2020

Być w zwycięskiej drużynie

Epidemia a wynajem nieruchomości wakacyjnych




Hulający po świecie i Europie koronawirus spowodował znaczące już straty gospodarcze. Szczególnie wrażliwy w takich momentach jest biznes turystyczny, zaś jego częścią jest wakacyjny wynajem nieruchomości. Zawiedzeni są ci, którzy mieli przyjechać, niektórzy stracą trochę gotówki. Ale dla właścicieli nieruchomości wakacyjnych to może być po prostu dramat.

Oczywiście, pandemia to przede wszystkim zagrożenie dla zdrowia i życia. Z tym nie da się nic porównać, żadnych strat materialnych. Ale mając to na uwadze, oddając szacunek tym którzy odeszli, trzeba iść dalej. Czyli pracować, względnie prowadzić biznes (czyli też pracować – nawet leżąc).

Niektórzy nawet jakoś przędą. Np. żywność zawsze produkować trzeba i ktoś na tym przecież wciąż zarabia. Chemia (w tym lekarstwa, środki czystości, kosmetyki itp.) też ma się dobrze również – a czasami nawet szczególnie – w czasie takiej klęski. W ogóle znaczna część wytwórstwa stanąć nie może. Działają nawet fabryki i handel tym, co nie jest konieczne dla życia. Niedawno w Wielkiej Brytanii sensację wywołała krótkotrwała na szczęście działalność w czasie epidemii sklepów Direct Sports.

Jednak w turystyce tak się nie da. Przede wszystkim dlatego, że ona polega na ruchu, który obecnie jest zakazany. Zwłaszcza ten niekonieczny dla utrzymania się przy życiu. Turystyka jest trochę jak rozrywka. Zbędna. Prawie... Przy czym rozrywkę da się prowadzić na wielu obszarach nie „na żywo”. Turystyka przez telewizję czy internet to zupełna namiastka, do tego kompletnie nie dająca profitów właścicielom hoteli i nieruchomości wakacyjnych (chyba, że jako reklama – czyli w przyszłości).
Ci od hoteli mają za sobą już jeden ciężki szok, parę miesięcy temu. Wtedy, kiedy padł Thomas Cook wielu płakało, że pójdą z torbami. Teraz – następny. Obejmujący też „drobnicę”. Wynajmu nie ma już od jakiegoś czasu – o ile w ogóle ktoś go ma w zimie – i nie będzie dłużej. A sezon właśnie powinien zacząć się rozkręcać...

O dziwo, w mediach społecznościowych, gdzie normalnie głośno o różnych mało istotnych problemach, tym razem nie mówi się dużo o sytuacji w wynajmie. Mało kto z turystów pyta, co on ma teraz zrobić, mało kto ze strony właścicieli się skarży. Przyjęli to na klatę?

Tymczasem skądinąd wiadomo, że sytuacja wesoła być nie może. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o tych, którzy swoje domy kupili na kredyt. Tu zupełnie normalne na rynku nieruchomości przecież. I takie domy na wynajem mają się spłacać dzięki temu, że się je komuś wynajmuje.

Owszem, w Polsce gdzieniegdzie wciąż żywe jest przekonanie, że kupujemy coś dopiero wtedy, kiedy mamy na to gotówkę. Ludzie mają konta od dawna, karta kredytowa i pożyczka to rzecz powszechnie znana, ale często atrybut tych, którzy są w kłopotach, a nie tych, którzy myślą o inwestycjach. Zarobił – to inwestuje. Nic nie ma, a inwestuje – to szachraj. Filozofia typu „wymyślić interes – zgromadzić na niego środki (mogą być nie własne)” ustępuje tej „mieć własne środki – wymyślić interes”.

Teraz ta chłopska filozofia jednak popłaca. Ci, którzy zainwestowali w Hiszpanii i gdzie indziej całkowicie własne pieniądze, martwić mogą się tylko o rachunki. I to płacone z pustych domów. Nie powinny być wysokie.
Ale ci, którzy „jadą na kredytach” mogą mieć naprawdę ciężko. Pomysły typu „nic nie odwoływać, przebukować na później” to żadne pomysły. Bo później przychód też miał być, swoją drogą. A co z tym teraz? Przecież on miał pokrywać kredyt...

Co zaś z tymi, którzy owego biznesu nie prowadzili sami, ale byli z nim jakoś związani? O prawników i księgowych nie ma się co pewnie martwić, ale przecież są przewoźnicy, sprzątacze (czy też „gospodarze domów”), różni pracownicy techniczni. Lżej będzie oczywiście tym, którzy w ten sposób sobie tylko dorabiali. I chyba jest ich sporo. Ci, którzy z tego żyli, nie będą w lepszej sytuacji niż sami właściciele.

pusta plaża


Co potem? Dla tych, którzy przetrwają? Scenariusz trudno przyjąć za pewnik, ale można pewne sytuacje sobie wyobrazić. Niektórzy wpadną w kłopoty finansowe. Nadzieja w tym, że okres pandemii nie będzie tak długi, aby były to bankructwa właścicieli nieruchomości, czy też raczej przejęcia bankowe.
A jeżeli tak będzie, to na rynek powrócą znów te same domy, czyli per saldo razem z tym, co wybudowano (jeszcze niedawno budowano sporo, ale i tu przecież trwa kryzys) będzie ich więcej i ich ceny powinny spaść. Branża odbuduje się, tyle, że z udziałem innych osób.

Kiedy już sytuacja uspokoi się, to można spodziewać się oddechu społeczeństwa i wzrostu konsumpcji. Tak jak po wojnie. Ci, którzy przetrwają, będą chcieli się bawić, odreagować. Oczywiście, na tyle, na ile będzie ich stać. Wszak po takich przejściach pewnie pusty będzie trzos. No ale z drugiej strony, jak gdzieś jechać, to właśnie tam, gdzie jest taniej – np. do domku na Costa Brava.

Ale z trzeciej strony... żeby było czym. Kolejne linie lotnicze padły niedawno (Flybe), inne zostały zamknięte (Germanwings), stawiać można w ciemno, że jakieś znów padną. Ci, którzy pozostaną, podniosą ceny, bo konkurencja będzie mniejsza.
Wszakże na jak długo? Przecież samoloty po bankrutach pozostaną. Ktoś je przejmie. Ktoś otworzy nowe linie.

Tak więc – wszystko się odbuduje. Problem tylko kiedy i z kim w składzie. Obyśmy się znaleźli w tej drużynie.


A tu - o specyficznych scenariuszach sytuacji po pandemii