sobota, 23 stycznia 2016

Prawie kupuję dom w Hiszpanii






Jestem właśnie w momencie na dwa dni przed wylotem do Hiszpanii. Żeby nie kupić mieszkania.


Dziwnie brzmi, to fakt - ale miałem kupić. Problem w tym, że jednak ja nie nadaję się do kupna. Przynajmniej na razie. Okazało się to właśnie wczoraj.

Dlaczego? No przecież mój ranking kredytowy jest ekstra. 99 punktów na 100 możliwych w najlepszej brytyjskiej firmie oceniającej credit score.


Od początku wiadomo było, że:
- do Hiszpanii mam jechać ja
- potrzebuję pożyczki na nabycie nieruchomości
- załatwić miałem podobno wszystko "od A do Z"
- w tym upoważnić prawnika, która będzie wszystko robił dalej
- dokumenty dotyczące dochodów, które wysłałem do Hiszpanii, są moje i żony
- bałem się, że coś pójdzie nie tak

No i prawa Murphy'ego działają. Jak coś się może zepsuć - to się zepsuje...
Tym bardziej, jak ku temu zdążają działania ludzi.
Trzy dni przed wylotem okazało się, że aby podpisać papiery na kredyt muszę być ja i żona. Tak w przypadku uznawania jej dochodów, jak i nie. Bo nie mamy rozdzielności majątkowej.

A jednak - jadę. Zadzwoniłem jeszcze do "Angola", który prowadzi w UK biznes typu "Spanish Properties", który twierdzi, że to co oferują polskie, czy hiszpańskie firmy za poniżej 50 kawałków euro, to szałasy. Oni wszak na tym półwyspie zęby zjedli (i dalej jedzą)...
Jadę więc, zobaczę - może coś jednak jakimś cudem załatwię - i Wam opowiem "o co kaman".








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz