piątek, 7 lipca 2017

A jednak to zrobiłem - dom w Hiszpanii jest mój




Okazało się, że jest sens jechać i jest sens coś załatwiać. Jadąc sam, bez żony, nie mogłem załatwić wszystkich formalności - nie mamy rozdzielności majątkowej - ale po wyborze chaty, dało się sporo załatwić zdalnie. No... plus jeszcze jedna wizyta. Już razem.

nieruchomości w Hiszpanii
Zanim wsiadłem do samolotu, przeczytałem wszystko co mogłem o zakupie niruchomości w Hiszpanii i przeglądnąłem dostępną ofertę. Wybrałem kilka nieruchomości. Ich listę przesłałem moim pośrednikom. A do tego szereg informacji osobistych, dotyczących przede wszystkim sytuacji finansowej. Dzięki temu bank był już w pewien sposób przygotowany na mój przyjazd.

Niestety, niezbyt przemyślałem wybór pośrednika... Będzie to trochę niewygodne później (jak się okaże), ale o tym innym razem.  A tymczasem firma na Costa Blanca pokazywała się z jak najlepszej strony.

Wybór
Zarezerwowałem bilet w dobrym terminie, tanio. Na miejscu zarezerwowano mi hotel. Transfer z lotniska do hotelu to też nie był mój problem.
Na pierwszą wizytę wystarczyły dwa dni. Obejmowała ona wizytę w banku, gdzie spotkałem się z jednym z dyrektorów. Bez kolejki. Tak, ktoś kto dobrze siedzi na tym rynku, w ten sposób załatwia sprawy. Tzn. jak dokładnie to załatwia, to nie wiem, ale to kraj południowy, „elastyczny” jeżeli chodzi o podejście do człowieka w biznesie...

Następnie zawieziono mnie do szeregu nieruchomości. Niestety, niektóre z wybranych przeze mnie zostały w międzyczasie zarezerwowane przez kogo innego. Mógłbym to sam zrobić wpłacając 3 tys. euro zadatku, ale nie chciałem. Inne – wyglądały ładnie tylko na zdjęciach. Ale od czego są pośrednicy, którzy zaproponowali mi coś, co pojawiło się właśnie lub czego sam wcześniej nie dostrzegłem. No i wybrałem apartament. Wpłaciłem zadatek bukując nieruchomość – i wyprzedzając parę, która zdecydowała się na to parę minut za późno...

Był jeszcze czas na parę piw, oglądnięcie okolicy. I powrót do Anglii. W tym czasie bank ruszył z procedurą aplikacyjną pożyczki mieszkaniowej. To była tylko formalność, ale chwilę trwała. Podpisywałem papiery przysłane mi e-mailem, ale trzeba było jeszcze przyjechać sfinalizować transakcję. Wraz z żoną, jako że obydwoje jesteśmy na umowie, a przede wszystkim nie mamy rozdzielności majątkowej.

Rozrywkowo i... nudno

Kolejna wizyta, tym razem rodzinna, obejmowała znów rozrywkę i formalności. Tym razem długie. Zabrano nas na wycieczkę do innego miasta w celu wyrobienia numeru identyfikacji podatkowej. Znów bez kolejki... Ręka, rękę myje. W tym czasie w biurze nieruchomości zabawiali nasze dzieci. Tu się da naprawdę wiele załatwić!
Najdłuższą częścią wizyty było wysłuchanie odczytania nam umowy przez tłumacza przysięgłego. Taki wymóg. Przysypiałem, a za oknem był pub irlandzki...
Kolejne elementy formalne, to wizyta u notariusza, ostateczne podpisanie dokumentów i przekazanie kluczy. Zostaliśmy właścicielami Ostatnim punktem urzędowym, było szybkie otwarcie konta, wraz z obsługą internetową.

Można było oddać się kolejnym przyjemnościom rozpoznania terenu połączonym z pierwszymi zakupami dla nowego domu. Telewizor, pościel, naczynia itd. Zleciliśmy też w naszym biurze nieruchomości parę napraw i dokupienie nam mebli z drugiej ręki.
Kiedy w Hiszpanii trwał mini-remont – a trwał parę tygodni, bo oni pracują nawet skutecznie, ale bywa że wolno – dosłaliśmy z Anglii paczkę z drobiazgami ozdobnymi dla domu. Kosztowały w dyskoncie kilkadziesiąt funtów, a dom wygląda szykownie. I już zaczął się wynajmować!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz