środa, 4 czerwca 2025

Dotkliwe ograniczenia wynajmu wakacyjnego w Hiszpanii


W ostatnim okresie w Hiszpanii wprowadzono szereg nowych regulacji dotyczących wynajmu wakacyjnego. W praktyce są to ograniczenia i utrudnienia, które mogą diametralnie zmienić sektor wynajmu i doprowadzić do dużych kłopotów, jeżeli nie tragedii wielu zagranicznych posiadaczy nieruchomości na Półwyspie Iberyjskim.


Stary, dobry obowiązek posiadania licencji turystycznej już nie wystarcza. Tzn. licencja dalej jest konieczna, ale chcący wynajmować turystom lokum, muszą wpisać się do kolejnego rejestru i pozyskać kolejny numer. Tyle, że dużo dłuższy (czyżby to miało sugerować jego wagę?). Procedura wpisu nie jest łatwa - ba, dla niektórych nie do przejścia - a system elektroniczny niewydolny.

numer rejestracji domu na wynajem w Hiszpanii
Konieczne staje się wynajęcie pośredników, którzy oczywiście sporo kosztują. A trzeba pamiętać, że ów numer będzie podlegał odnowieniu za rok...

Dalej - goście wynajmujący od nas apartament, czy dom, powinni zostać zarejestrowani na kolejnej platformie. Ten przepis obowiązuje już od zeszłego roku, choć nie każdy o nim pamięta. Teraz tę pamięć, jakby przy okazji, odświeżono.

Od turystów trzeba pobrać szereg danych osobowych, a z tych nie wszyscy mają ochotę się spowiadać. Rejestracja gości zaś to proces znów o pewnym stopniu komplikacji. Nie, nie wystarcza się tak po prostu skontaktować i podać imiona i nazwiska przyjezdnych.

Wreszcie wprowadzono rozdział między wynajmem wakacyjnym a tzw. sezonowym. Ten pierwszy ograniczono do zaledwie 10 dni. Powyżej to już wynajem sezonowy, który nie może być teoretycznie związany z turystyką i wymaga umowy najmu.

Co z tymi, którzy chcieliby do nas przyjechać na typowe wczasy dwutygodniowe? Zasadniczo nie można mieć takich gości. Niech sobie jadą do hotelu.    


Dla kogo to


I o to m.in. w tym wszystkim chodzi. Hiszpanie chcą pozbyć się zagranicznych właścicieli nieruchomości, wynajmujących swoje nieruchomości na krótko, za przystępne ceny.

Rzecz motywuje się chęcią uporządkowania rynku, przejrzystością i podobnymi bzdurami. Władze nie ukrywają też, że chciałyby obniżenia cen wynajmu, tak, aby na mieszkania stać było biednych tubylców. Wynajem wakacyjny podnosi bowiem takwwoe ceny w regionach i miejscowościach turystycznych.

Wielu jednak wskazuje na lobby hotelarskie jako stojące za poczynianiami hsizpańskiego rządu i samorządów lokalnych. Prywatne domy stanowią bowiem dla hotelarzy mocną konkurencję, oferując wygodne „miejscówki” w dużo bardziej przystępnej cenie i na własny użytek.

A więc czego właściwie chcą Hiszpanie? Niższych cen - aby lokale mogli wynajmować miejscowi, czy wyższych - aby nie było konkurencji dla hoteli?
To jest niejasne i nie wiadomo, czy sami poradzili sobie z tym rozdwojeniem jaźni.

Do tego - po co miejscowym mieszkania w rejonach turystycznych, jeżeli ubędzie stamtąd wielu turystów (w hotelach wszyscy się nie pomieszczą albo nie będzie ich stać)? Co oni będą tam robić, jeśli robotę dostarczają właśnie przyjezdni? 


Co to spowoduje


Zawiły system rejestracji, czasami nie do spełnienia, może mieć kilka implikacji. Po pierwsze, niektórzy się zmęczą, poddadzą i nie mogąc utrzymać swoich hiszpaśńkich nieruchomości bez wynajmu, sprzedadzą je. Za tyle, za ile się da. Czyli dojdzie do spadku cen domów. Choć ten proces pewnie potrwa.

Po drugie, wielu będzie dalej wynajmowało, „na dziko”. Czyli rozwinie się czarny rynek. Już teraz ta szara strefa jest spora. Wciąż można znaleźć mnóstwo ofert, których właścieiele nie przejmują się tym, na jak długo wynajmują. Bez problemu znajdziesz dom na owe dwa tygodnie.

Wielu zdaje się zresztą wciąż nie orientuje się, że wprowadzono nowe przepisy. Codziennie w mediach społecznościowych można znaleźć pytania od zaskoczonych.

Dalej, dojdzie do zmniejszenia liczby przyjeżdżających do Hiszpanii. Szczególnie do regionu Walencji, gdzie ograniczenia (bo są jeszcze inne, np. zgoda mieszkańców wspólnoty itd.) są najostrzejsze. A wtedy Hiszpanom spadną przychody. Ubędzie znów miejsc pracy w miejscowościach turystycznych.

Zmniejszy się popyt na hiszpańskie domy w agencjach nieruchomości. A więc i zmniejszą się inwestycje na miejscu. Te rozpoczęte zostaną zatrzymane. Już teraz w mediach można znaleźć szereg artykułów doradzających, aby zastanowić się na takim krokiem, jak zakup domu w Hiszpanii.

Niedogodności i wcześniej nie brakowało. Tolerowanie działalności ocupas – czyli dopuszczanie kradzieży czyjegoś domu - wysokie podatki, sczególnie dla tych spoza Unii. Zawiły system urzędniczy, korupcja.

Poza tym, to kraj mocno socjalistyczny. Tendencje wręcz rewolucyjne nigdy nie wymarły. Nie wiadomo, co tu jeszcze może komu strzelić do głowy. Zabrać jednym, żeby dać innym - zamast coś stworzyć od podstaw - czemu nie?
Zaprosić, zaproponować inwestycje, przystępne kredyty, a później oskubać? Świetny interes!




sobota, 23 lipca 2022

Lepsza statystyka hiszpańskiej turystyki



Hiszpania to potężny rynek turystyczny, który jednak znacznie ucierpiał w czasie pandemii. Powrót do normalnego poziomu odbędzie się bardzo szybko, bo turyści na całym świecie tęsknią do iberyjskich atrakcji, choć pewne rzeczy będą wyglądały inaczej.


Ten kraj to turystyczny gigant nie tylko w skali kontynentu, ale w ogóle świata. Pewnie sporo jest krajów o znakomitych walorach turystycznych, ale trudno znaleźć inne o takich wskaźnikach ekonomicznych w tej branży. W 2013 roku liczba przyjezdnych z zagranicy przekroczyła tutaj 100 milionów i rosła aż do 2019 roku kiedy osiągnęła 125 mln.


Przychody hiszpańskiej turystyki


Taka popularność owej destynacji musiała przełożyć się na przychody. Tzw. wartość dodana w tej branży na przestrzeni ostatniej dekady regularnie przekraczała 50 mld euro, aby w roku 2019 osiągnąć 70,3 mld. Całkowity przychód przekroczył zaś wtedy 150 mld.

___________________________

___________________________

Niestety, z wiadomych przyczyn w kolejnym roku każdy miesiąc był gorszy niż rok wcześniej. W 2021 r. branża zaczęła się nieśmiało podnosić z kryzysu wywołanego pandemią, choc wskaźniki oczywiście wciąż były gorsze niż w 2019.

Jednak w 2021 r. wartość towarów i usług oferowanych przez sektor turystyczny w Hiszpanii była o 70% wyższa niż w 2020 r., kiedy to spadła do poniżej 55 mld. Dość powiedzieć, że na zamknięcie owego roku, w grudniu, do Hiszpanii przybyło 2,9 miliona międzynarodowych turystów, co oznacza wzrost o 354,5% w porównaniu z grudniem 2020.


ilu turystów w Hiszpańskich regionach



Oczywiście w tym sezonie ów pozytywny trend się utrzymuje. W marcu br. liczba turystów odwiedzających Hiszpanii była aż osiem razy wyższa niż w analogicznym okresie rok temu i wyniosła 4 mln osób. Turyści wydali 5,07 mld euro. Dla porównania, w marcu 2021 r. zostawili 544 mln euro. Najwięcej przyjeżdżało ich na Baleary (patrz - tabela).
Jest oczywiście jeszcze wiele różnego rodzaju pomiarów i statystyk opisujących ten stan rzeczy. Wyglądają one coraz pomyśłniej, choć pewnie jeszcze trochę czasu minie, zanim hiszpańska turystyka osiągnie stan przed pandemii.


Mniej Brytyjczyków w Hiszpanii


A będzie on i tak trochę inny. Otóż kiedyś to Brytyjczycy byli wiodącą siłą w turystyce przyjazdowej do tego kraju. Jednak poza pandemią, doszło w UK do innych zmian, jak wiemy. Brexit dokonał się całkowicie. Nie, Brytyjczycy nie przestaną jeździć na Półwysep Iberyjski, ale wszystkie niekorzystne dla nich czynniki – biorąc również pod uwagę trwający wciąż kryzys w branży paliwowej, lotniczej itd. – mają wpływ na to czy i kiedy w ogóle wybiorą się na wakacje. A już w 2020 roku to Francuzi byli tymi, którzy najczęściej odwiedzali Hiszpanię.

A jak ważna była Hiszpania dla polskich turystów? Według badań Polskiej Izby Turystyki nasze gusta są nieco odmienne. Wśród kierunków wyjazdowych Polaków w 2021 r. przodował ten turecki. Dalej była Grecja i Egipt, a na czwartym miejscu wreszcie lokowała się Hiszpania.


Poprzedni post traktował o zwiedzaniu Kordoby



piątek, 19 lutego 2021

Kiedyś centrum Śródziemia

 

hotel balcon de cordoba
Wakacje na Półwyspie Iberyjskim kojarzą się głównie z morzem i plażą, ewentualnie z Sangrią i innymi uciechami. Zwiedzanie, to przy okazji. Odwróćmy trochę proporcję i ruszmy trochę w głąb lądu. Opłaci się - skarby Kordoby są wyjątkowe. Choć czasami trudno się do nich dostać.

Normalnie ze względu na tłumy i szaloną popularność tego miejsca. Teraz problemem jest pandemia. Ale kiedy tylko będzie taka możliwość - jedźcie do Kordoby! Choć oczywiście radzimy poza sezonem...

Miejsce to pewnie byłoby wysoko w każdej klasyfikacji na to, jaki ośrodek miejski posiada najwięcej i najcenniejsze zabytki na określonej powierzchni. W ogóle cały ten region jest chyba najlepiej zachowanym świadectwem średniowiecznej kultury muzułmańskiej w całej Europie. Nie tylko dlatego, że Andaluzja dłużej należała do Maurów niż np. Katalonia, ale to tutaj ta kultura doszła do największego rozkwitu, zaś najważniejsze dla tego zjawiska było samo miasto Kordoba, które swoim urokiem i wielkością przerastało wszystkie inne metropolie starego kontynentu. A że dokonań innych cywilizacji tu też nie brak to jest ona dzisiaj „pewniakiem” na liście UNESCO.


Nawet hotele bywają utrzymane w charakterystycznym stylu. Choć lepiej wybrać w tym celu coś bardziej kameralnego. Sprawdźcie choćby Balcon de Cordoba


Jak zwykle – Iberowie, Kartagina...


Kiedyś w tym miejscu, w dolinie Gwadalkiwiru, u stóp masywu gór Sierra Morena, znajdowała się osada iberyjska. W III wieku p.n.e. dostała się pod władzę Kartaginy, od ok. 200 roku p.n.e. - Rzymu. Wtedy już zrobiła karierę jako stolica prowincji. To tutaj urodzili się wielcy rzymscy poeci i filozofowie – Lukan, Seneka Starszy i Młodszy.

Po upadku Zachodniego Cesarstwa nadchodzili kolejni zdobywcy: Bizancjum, Wizygoci, a Maurowie od 711 roku zostali tu na dłużej. Tak więc historia typowa dla regionu.
W 756 r. stała się stolicą emiratu Abd ar-Rahmana I z dynastii Omajjadów i to wtedy rozpoczął się okres największego rozkwitu miasta. Kulminacja nastąpiła w 929 r. kiedy to Abd ar-Rahman III uczynił z Hiszpanii osobny kalifat, niezależny od Bagdadu. Pewnie i to pomogło w tym, że Kordoba przodowała jako ważny ośrodek nauki, kultury i sztuki. To wtedy, kiedy na polskich ziemiach trwała kultura plemienna; a Rzym był już skarlałą mieściną.

___________________________

___________________________

To właśnie wtedy Kordoba była największym miastem basenu Morza Śródziemnego. W emiracie panowała tolerancja i pokojowe współistnienie trzech religii: islamu, chrześcijaństwa i judaizmu. W owym zaś stuleciu miasto było szczytem osiągnięć architektonicznych, intelektualnych, i społecznych ówczesnej cywilizacji. Nawet estetycznie nie miało sobie równych - system sztucznego nawadniania sprawił, że pomimo gęstej zabudowy przypominała wielki ogród. Była to prawdziwa metropolia. Liczyła od 800 tys. do 1 mln mieszkańców, miała ponad 300 meczetów, 300 publicznych łaźni, 50 szpitali, 20 publicznych bibliotek, 80 szkół i 17 wyższych uczelni. Biblioteka Al-Hakama posiadała ok. 400 000 tomów. I były to instytucje otwarte również dla chrześcijan i Żydów – niby innych religii, ale przecież „ludów księgi”.

Skończyło się. Najpierw przez to, że wzmagały się wewnętrzne konflikty między muzułmanami - w tym doszło do ataków tych bardziej ortodoksyjnych - kalifat rozpadł się i w końcu padł ofiarą Rekonkwisty. Chrześcijanie odzyskali Kordobę w 1236 r. Jeszcze jakiś czas Kordoba wyróżniała się, choćby gospodarczo, ale pod koniec XVI w. nastąpił zastój. Z Hiszpanii usunięto ludność arabską i Żydów, do tego doszły epidemie i inne czynniki zewnętrzne.

Meczet

meczet w Kordobie
Za największy zabytek uznawany jest meczet La Mezquita. To imponująca budowla, w której znajduje się ponad 800 kolumn wspierających podwójne łuki podkowiaste oraz piękny, ośmiokątny mihrab z kopułą w kształcie muszli. Jego budowę rozpoczęto w 786 roku za panowania pierwszego emira Kordoby - Abd Ar-Rahman'a I, a jego najwspanialsza część pochodzi z II połowy X wieku.
Kiedy nadeszli chrześcijanie, zaczęli zmieniać urządzenie budowli, aby przekształcić ją w katolicką katedrę. Pewna część dawnego meczetu uległa więc zniszczeniu. Turyści mogą wybrać dwie formy zwiedzania Mezquita - Catedral de Córdoba : dzienną (Visita Diurna) oraz wzbogaconą efektami wizualno-dźwiękowymi nocną (Visita Nocturna).


Most


słynny most w Kordobie
Dużo starszy obiektem, bo z I wieku p.n.e., jest jeden z najwspanialszych punktów widokowych na starówkę Kordoby, czyli Most Rzymski (Puente Romano). Postawiono go nad Gwadalkiwirem, a oparty jest on obecnie na 16 łukach (dawniej było 17). Służył jako jedyny w całej Kordobie przez dwa tysiąclecia, kolejny powstał dopiero w połowie XX w. Most prezentuje się szczególnie imponująco w nocy, kiedy to pięknie oświetlony zachęca do spacerów.
Na jego południowym skraju znajduje się odrestaurowana, ufortyfikowana wieża z epoki muzułmańskiej (XII w.), Torre de la Calahorra. W niej zobaczycie interaktywne muzeum (Museo Roger Garaudy de las Tres Culturas), które pokazuje jak wyglądało w średniowieczu wspólne życie przedstawicieli trzech wielkich religii w Kordobie.

Juderia

Starówka tego miasta jest w ogóle imponująca, ale podczas jej zwiedzania nie można pominąć byłej dzielnicy żydowskiej, tzw. Juderíi. Tu trzeba przejść się ciasnymi uliczkami pomiędzy białymi fasadami domów i zaglądnąć na wewnętrzne dziedzińce upstrzone doniczkami z kolorowymi kwiatami, znane jako patios cordobeses. Od 1933 r. biorą one udział we współzawodnictwie ustanowionym przez urząd miasta, zaś w połowie maja (2 i 3 tydzień) otwarte są dla zwiedzających. To pewnie celowe, bo choć zawsze wabią kolorami, zapachem kwiatów i szumem wody z fontann, to wiosna szczególnie im służy.

___________________________________

___________________________________

Są tu też zabytkowe obiekty z różnych epok, jak Hospital del Cardenal Salazar z barokową fasada i dwoma pięknymi dziedzińcami oraz kaplica Św. Bartłomieja w stylu mudéjar. To unikalny styl, który powstał z połączenia elementów islamskich i chrześcijańskich, głównie romańskich i gotyckich. Oczywiście w Kordobie pobudowano w tym stylu więcej, w tym również kościołów. Jednak za najważniejszy zabytek Juderii uważa się synagogę z 1315 r. To jedna z trzech w całej Hiszpanii zachowanych z tamtego okresu. Pozostałe to Sinagoga del Tránsito i Santa María la Blanca w Toledo.

Odwiedził go Kolumb

Są też zabytki o rodowodzie chrześcijańskim... choć nie do końca. Alkazar to zasadniczo pałac arabski lub mauretański, ale tutaj mamy alkazar królów chrześcijańskich (Alcázar de los Reyes Cristianos). Ale też w stylu mudéjar i kiedyś i tu mieszkali emirowie. Później dobudowano m.in. Wieżę Inkwizycji... Bo i ta tu urzędowała, było też więzienie, garnizon napoleoński. Zaś kiedyś Izabella i Ferdynand przyjęli Krzysztofa Kolumba przed wyprawą za ocean.


zabytki Kordoby
Położony jest nad rzeką w pobliżu Wielkiego Meczetu. Są pewnie inne, ładniejsze na zewnątrz (Sewilla np.), ale ten ma przepiękne wnętrze. I znów widać ten wpływ Orientu, bo wspaniałe dziedzińce i ogrody mienią się niezliczoną ilością egzotycznych drzew, krzewów oraz kwiatów. No i oczywiście fontanny, które szczególnie warto zobaczyć w letnie wieczory, kiedy urządzany jest magiczny spektakl światła i wody.

Już w Alkazarze w jednym z salonów (Salón de los Mosaicos) zobaczycie na ścianach wspaniałe mozaiki powstałe w II i II wieku. Znajduje się tam również sarkofag oraz popiersie Seneki Starszego. A zabytków rzymskich jest oczywiście więcej. Możecie zwiedzić m.in. pozostałości rzymskiej świątyni oraz wielkie grobowce z I w. p.n.e. (Masouleos Romanos) o ciekawym cylindrycznym kształcie. Chcąc cofnąć się jeszcze dalej w historię, warto odwiedzić muzeum archeologiczne mieszczące się częściowo we wnętrzu renesansowego Palacio de Jerónimo Páez.



Jacek Przybyło, Wczasy dla Polonii




sobota, 26 września 2020

Na teraz i na po pandemii


Jednego możemy być pewni –  to wcześniej czy później się skończy. Czy też zostanie opanowane. I znów będziemy jeździć, zwiedzać, bawić się jak dawniej. Aczkolwiek są takie zakątki, gdzie można wybrać się już teraz, unikając tłumów. Poznajcie miejsce wybrane najlepszą plażą w Hiszpanii przez czytelników renomowanego Condé Nast Traveler w 2020 roku.

Bynajmniej nie jest to „miejscówka” na żadnym Costa Blanca, Costra Brava, Costa del Sol – czy innym bardzo popularnym wybrzeżu Półwyspu Iberyjskiego. I nie jest to nic wielkiego, tłumnie odwiedzanego przez turystów. I dobrze. Ale ludzie wiedzą o miejscu. Ci trochę lepiej zorientowani. Dlatego, z tego co wiemy, to nie po raz pierwszy uznali tę plażę na Wybrzeżu Kantabryjskim za najlepszą w tym kraju.

San Antonio de Mara

Condé Nast Traveler to luksusowy magazyn o podróżach i o stylu życia wydawany od ponad 30 lat w Nowym Jorku, choć czytany jest na całym świecie (posiada też wersję brytyjską). Pismo zdobyło m.in. 25 nagród National Magazine Awards. Wychodzi tylko osiem razy w roku – ale jest co poczytać. Wybory jego czytelników są bardzo często omawiane w innych publikacjach i skłaniają innych do podróży.

Asturia nie jest regionem, o którym myśli najpierw turysta planujący swoje wczasy w Hiszpanii. Niemniej to kraina równie piękna jak inne. I to w niej znajduje się owa biała, piaszczysta plaża, otoczona przez skaliste formy ukształtowane przez wodę i wiatr. W pobliżu rozpościerają się do tego zielone łąki, wspaniale kontrastujące z bielą skał i granatem morza.

___________________________________

___________________________________

Miejsce nazywa się San Antonio de Mar, leży w gminie Llanes, na asturiańskim wybrzeżu Costa Verde. Owszem, podczas letnich miesięcy i tu przybywają wczasowicze, nie omijając i owego urokliwego zakątka, jednak nie ma „dzikich” tłumów. Może dlatego, że nie leży przy głównym szlaku?

wybrzeże Kantabryjskie

Dostać tu się można tylko pieszo, z Picones albo wędrując z bardziej popularnej plaży Cuevas del Mar, której zresztą też nie można niczego odmówić (położona w podłużnej, skalnej zatoczce). Obie plaże oddziela długi masyw skalny, z przylądkiem Punta San Antonio, od strony morza – i obszar łąk, po którym wiedzie ścieżka. Wędrówka trochę trwa, ale się opłaca. Po drodze napotkamy stadninę i zobaczymy w oddali kaplicę-pustelnię San Antonio.

Można tutaj zobaczyć np. gejzery, a to podczas przypływu i wzburzonego morza. Powstają one w ten sposób, że woda morska jest wtłaczana do jaskiń i tuneli pod skałą, po czym wydostaje się na powierzchnię przez otwory, swego rodzaju naturalne „studnie” w kamiennym podłożu. Teren stanowi obszar krajobrazu chronionego.

najlepsza plaża bez tłumów

Plaża nie jest duża – mierzy 70 metrów dlugości i 50 szerokości. Nie ma tu żadnych urządzeń dla plażowiczów, żadnych parasoli, leżaków, toalet; miejsce jest praktycznie dzikie. Do dyspozycji jest piasek i woda.
Ograniczają ją oczywiście położone po obu stronach skały. Dzięki nim miejsce jest chronione przed wiatrem. Kąpiąc się należy jednak pamiętać o silnych prądach.
 A na skałach warto stanąć dla wspaniałych widoków rozpościerających się na okolice wybrzeża Llanes i góry Picos de Europa.

Warto zwiedzieć też miasteczka Llanes, Ovio, Picones i Ribadesella oraz popróbować miejscowej, wciąż dość tradycyjnej kuchni. W okolicy nie brak kwater prywatnych, pensjonatów, nie ma za to wielkich betonowych hoteli, charakterystycznych dla przeciwległego wybrzeża Hiszpanii.


Uprzednio - hiszpańskie niedogodności




 

sobota, 8 sierpnia 2020

Drobne i mniej drobne niedogodności

 

Posiadanie mieszkania na wynajem w Hiszpanii może nieść ze sobą pewne korzyści finansowe i być po prostu frajdą - wszak kiedy nam pasuje korzystamy z niego sami. Niestety, towarzyszy mu również kilka niebezpiecznych pułapek, czy innych niedogodności, które wynikają bądź to z sytuacji ogólnej bądź z uwarunkowań hiszpańskich. 


plusy i minusy posiadania domu w Hiszpanii

Jakiś czas temu wspomnieliśmy tutaj o „dzikich lokatorach”, którzy właśnie w warunkach hiszpańskich mają szczególnie łatwe zadanie, aby rozgościć się na waszych włościach. Są wręcz chronieni przez państwo.

Problem ów dość systematycznie powraca na forach polskich i opiniach innych expatów. Nie może być inaczej, skoro fo tej pory nie został logicznie rozwiązany. Najwyraźniej większość społeczeństwa, w tym również hiszpańskiego, widzi bezsens takich uregulowań, ale dalej nikt z tym nic nie robi. Bezsens - bo jest to prawnie usankcjonowane bezprawie.

Mnie tylko dziwi, jak to możliwe, że taki potworek legislacyjny powstał w kraju, w którym przez dekady działał rząd skrajnie prawicowy. Nie, nie narodowo-socjalistyczny, czyli taki, który daje robotnikom, chłopom i nierobom, po czym barwi to elementem tradycji narodowej. Taki jest tak naprawdę lewicowy. Tu był prawicowy, czyli oparty o własność, arystokrację i Kościół; generalnie o warstwy wyższe.
No chyba, że stało się tak dlatego, że element skrajnie przeciwny, czyli lewicowy, tutaj nigdy nie wyginął i wreszcie podniósł łeb. Po czym daje cudzą własność różnym szumowinom.

Miejmy nadzieję, że to wynaturzenie, czy wręcz zboczenie systemu prawnego, zostanie kiedyś wyleczone. Gorzej z tym, co nie wynika z „hiszpańskości”, a dotyka obecnie całego świata. Takie epidemie jak to, co doświadczamy obecnie, to cios w gospodarkę, w turystykę szczególnie, a w tym i w nieruchomości wakacyjne. 

Z tą pandemią pewnie wcześniej czy później damy sobie rady. Jednak problem jest głębszy. Jak spodziewają się naukowcy, różnego typu nowe epidemie mogą się pojawiać coraz częściej. Przyczyny tego są naturalne, jak i sztuczne, sprowokowane przez człowieka. I jak sobie z tym radzić na rynku turystycznym? - dobrej recepty póki co nie wynaleziono.
Wiadomo, że pobyt w osobnym domku w takim właśnie czasie ma swoje zalety, które można zachwalać turystom. Nie stykamy się z hotelowym tłumem, korzystamy z własnych pomieszczeń i urządzeń, łatwiej trzymać dystans. Nie trzeba też tłoczyć się na miejskich plażach, a lepiej pojechać gdzieś dalej, poznać zalety regionu. Słowem, można mieć zdrowe i wciąż wspaniałe wakacje. Grunt, żeby w ogóle nie zakazano wyjazdów...

A kiedy o siłach natury mowa, to zauważyłem tutaj inną niedogodność. Rzadką na szczęście, ale bywa, że bardzo dojmującą w skutkach. Otóż pogoda w Hiszpanii, zwłaszcza na południu, nad morzem, jest z reguły znakomita. Na Costa Blanca ponad 300 dni słonecznych w roku itd.

klimat niekorzystny dla wynajmu
Ale mniej więcej raz-dwa razy do roku trafia się naprawdę zła pogoda. Nie, nie tak zła jak w Polsce czy w Anglii. Katastrofalna. Taka, która nie tyle goni turystów, ale która zalewa mieszkania, a nawet burzy budynki. Woda plynie ulicami, a policja zakazuje wychodzenia z domów. Są ofiary, nie mówiąc o poważnie uszkodzonych nieruchomościach i zniszczonych pojazdach. Jak już leje, to na całego.

W tym kontekście pojawienie się śniegu kilka lat temu na dwa dni brzmi dość humorystycznie. Inna sprawa, że dla nieprzyzwyczajonych do tego tutaj, to może być problem. U mnie skończyło się tylko tym, że kiedy „wywaliło korki”, turyści uciekli, twierzdąc, że „wichura zerwała kable”. 

Ja już nie wspomnę, że w Hiszpanii bardziej możliwe są trzęsienia ziemi. Ostatnie, które obróciło w ruinę Vega Baja (teren na południu Costa Blanca) było w XIX wieku co prawda, do tego nauczyliśmy się nieco przewidywać podobne kataklizmy, więc może nie będzie tak źle... Generalnie taka jest specyfika południa Europy.

Spotkałem się ostatnio z innym jeszcze problemem dla wynajmu wakacyjnego, wynikającym znów z działalności ludzkiej, czy też uwarunkowań prawnych. Otóż rada osiedla (urbanizacion) może dużo – np. zakazać wynajmu wakacyjnego lub wynajmu długoterminowego. I nic im się nie da zrobić.
Owszem, można i należy przeprowadzić wywiad już na etapie kupna, jak wygląda sytuacja w tym temacie. Gorzej, jak coś odbije im później. Oni nie słuchają argumentów, że „przecież kiedy ja kupowałem tę chatę, to to wynajme był dozwolony i co ja mam teraz zrobić”.

Problemem dla nich jest wszakże to, że zarząd – składający się np. z trzech emerytów, którzy chcą mieć spokój - takiej decyzji sam podjąć nie może. W moim przypadku „junta”, w której wy też możecie uczestniczyć, odrzuciła pomysł. No bo w składzie zgromadzenia ogólnego mieszkańców przeważać mogą inni. Tacy jak wy.
Warto jednak i na ów problem uważać. Jak i mieć na uwadze wszystkie pozostałe. Bynajmniej nie zniechęcam nikogo do posiadania domu na Półwyspie Iberyjskim, ale warto zabezpieczyć się przed tym, przed czym się da, a o innych rzecach... no cóż, pamiętać.

A tymczasem cieszmy się tym co mamy i trzymajmy się zdrowo!


Ostatnio - pandemia a wynajem nieruchomości wakacyjnych



  


środa, 8 kwietnia 2020

Być w zwycięskiej drużynie

Epidemia a wynajem nieruchomości wakacyjnych




Hulający po świecie i Europie koronawirus spowodował znaczące już straty gospodarcze. Szczególnie wrażliwy w takich momentach jest biznes turystyczny, zaś jego częścią jest wakacyjny wynajem nieruchomości. Zawiedzeni są ci, którzy mieli przyjechać, niektórzy stracą trochę gotówki. Ale dla właścicieli nieruchomości wakacyjnych to może być po prostu dramat.

Oczywiście, pandemia to przede wszystkim zagrożenie dla zdrowia i życia. Z tym nie da się nic porównać, żadnych strat materialnych. Ale mając to na uwadze, oddając szacunek tym którzy odeszli, trzeba iść dalej. Czyli pracować, względnie prowadzić biznes (czyli też pracować – nawet leżąc).

Niektórzy nawet jakoś przędą. Np. żywność zawsze produkować trzeba i ktoś na tym przecież wciąż zarabia. Chemia (w tym lekarstwa, środki czystości, kosmetyki itp.) też ma się dobrze również – a czasami nawet szczególnie – w czasie takiej klęski. W ogóle znaczna część wytwórstwa stanąć nie może. Działają nawet fabryki i handel tym, co nie jest konieczne dla życia. Niedawno w Wielkiej Brytanii sensację wywołała krótkotrwała na szczęście działalność w czasie epidemii sklepów Direct Sports.

pandemia a wynajem domów wakacyjnych
Jednak w turystyce tak się nie da. Przede wszystkim dlatego, że ona polega na ruchu, który obecnie jest zakazany. Zwłaszcza ten niekonieczny dla utrzymania się przy życiu. Turystyka jest trochę jak rozrywka. Zbędna. Prawie... Przy czym rozrywkę da się prowadzić na wielu obszarach nie „na żywo”. Turystyka przez telewizję czy internet to zupełna namiastka, do tego kompletnie nie dająca profitów właścicielom hoteli i nieruchomości wakacyjnych (chyba, że jako reklama – czyli w przyszłości).
Ci od hoteli mają za sobą już jeden ciężki szok, parę miesięcy temu. Wtedy, kiedy padł Thomas Cook wielu płakało, że pójdą z torbami. Teraz – następny. Obejmujący też „drobnicę”. Wynajmu nie ma już od jakiegoś czasu – o ile w ogóle ktoś go ma w zimie – i nie będzie dłużej. A sezon właśnie powinien zacząć się rozkręcać...

O dziwo, w mediach społecznościowych, gdzie normalnie głośno o różnych mało istotnych problemach, tym razem nie mówi się dużo o sytuacji w wynajmie. Mało kto z turystów pyta, co on ma teraz zrobić, mało kto ze strony właścicieli się skarży. Przyjęli to na klatę?

Tymczasem skądinąd wiadomo, że sytuacja wesoła być nie może. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o tych, którzy swoje domy kupili na kredyt. Tu zupełnie normalne na rynku nieruchomości przecież. I takie domy na wynajem mają się spłacać dzięki temu, że się je komuś wynajmuje.

Owszem, w Polsce gdzieniegdzie wciąż żywe jest przekonanie, że kupujemy coś dopiero wtedy, kiedy mamy na to gotówkę. Ludzie mają konta od dawna, karta kredytowa i pożyczka to rzecz powszechnie znana, ale często atrybut tych, którzy są w kłopotach, a nie tych, którzy myślą o inwestycjach. Zarobił – to inwestuje. Nic nie ma, a inwestuje – to szachraj. Filozofia typu „wymyślić interes – zgromadzić na niego środki (mogą być nie własne)” ustępuje tej „mieć własne środki – wymyślić interes”.

Teraz ta chłopska filozofia jednak popłaca. Ci, którzy zainwestowali w Hiszpanii i gdzie indziej całkowicie własne pieniądze, martwić mogą się tylko o rachunki. I to płacone z pustych domów. Nie powinny być wysokie.
Ale ci, którzy „jadą na kredytach” mogą mieć naprawdę ciężko. Pomysły typu „nic nie odwoływać, przebukować na później” to żadne pomysły. Bo później przychód też miał być, swoją drogą. A co z tym teraz? Przecież on miał pokrywać kredyt...

Co zaś z tymi, którzy owego biznesu nie prowadzili sami, ale byli z nim jakoś związani? O prawników i księgowych nie ma się co pewnie martwić, ale przecież są przewoźnicy, sprzątacze (czy też „gospodarze domów”), różni pracownicy techniczni. Lżej będzie oczywiście tym, którzy w ten sposób sobie tylko dorabiali. I chyba jest ich sporo. Ci, którzy z tego żyli, nie będą w lepszej sytuacji niż sami właściciele.

jak pandemia wpływa na wynajem


Co potem? Dla tych, którzy przetrwają? Scenariusz trudno przyjąć za pewnik, ale można pewne sytuacje sobie wyobrazić. Niektórzy wpadną w kłopoty finansowe. Nadzieja w tym, że okres pandemii nie będzie tak długi, aby były to bankructwa właścicieli nieruchomości, czy też raczej przejęcia bankowe.
A jeżeli tak będzie, to na rynek powrócą znów te same domy, czyli per saldo razem z tym, co wybudowano (jeszcze niedawno budowano sporo, ale i tu przecież trwa kryzys) będzie ich więcej i ich ceny powinny spaść. Branża odbuduje się, tyle, że z udziałem innych osób.

Kiedy już sytuacja uspokoi się, to można spodziewać się oddechu społeczeństwa i wzrostu konsumpcji. Tak jak po wojnie. Ci, którzy przetrwają, będą chcieli się bawić, odreagować. Oczywiście, na tyle, na ile będzie ich stać. Wszak po takich przejściach pewnie pusty będzie trzos. No ale z drugiej strony, jak gdzieś jechać, to właśnie tam, gdzie jest taniej – np. do domku na Costa Brava.

Ale z trzeciej strony... żeby było czym. Kolejne linie lotnicze padły niedawno (Flybe), inne zostały zamknięte (Germanwings), stawiać można w ciemno, że jakieś znów padną. Ci, którzy pozostaną, podniosą ceny, bo konkurencja będzie mniejsza.
Wszakże na jak długo? Przecież samoloty po bankrutach pozostaną. Ktoś je przejmie. Ktoś otworzy nowe linie.

Tak więc – wszystko się odbuduje. Problem tylko kiedy i z kim w składzie. Obyśmy się znaleźli w tej drużynie.


A tu - o specyficznych scenariuszach sytuacji po pandemii








sobota, 7 grudnia 2019

Hiszpańskie wakacje taniej i spokojniej



Ten kraj był od dawna popularny wśród turystów, jednak na skutek obecnej sytuacji politycznej, jego popularność rośnie. Hiszpania ma spore rozmiary, ale przecież i tu miejsce jest ograniczone. W pewnym momencie przed sezonem zaczyna brakować korzystnych ofert w hotelach, do tego rosną koszta transportu lotniczego. Polecamy więc pewną zmianę przyzwyczajeń.

hiszpańskie wakacje taniej
Na Półwyspie Iberyjskim od kilku lat zbierają owoce odwrotu turystów z Egiptu, Tunezji, Turcji, a nawet Francji. W krajach Maghrebu jest już trochę spokojniej (zobacz hotele), ale wciąż daleko do optimum. Wielu zdecydowanie odrzuca opcję wakacji w tamtym regionie. Co raz więcej osób decyduje się więc na Hiszpanię. Przede wszystkim: Brytyjczyków, dalej Niemców i Francuzów (odpowiednio 18,5 mln, 11,4 mln oraz 11,3 mln). W 2018 r. przybyła do Hiszpanii rekordowa liczba zagranicznych turystów, 82,8 mln.
Takie „napompowanie” tego kraju powoduje, że o miejsce tuż nad morzem i w przystępnej cenie, jest już dość trudno. Nigdy zresztą w sezonie nie narzekali tutaj na brak chętnych, ale teraz jest ich jeszcze więcej.

Po co z tłumem

Czemu więc nie jechać poza „wysokim” sezonem? Owszem, urlop w trakcie wakacji szkolnych to rzecz zrozumiała jeśli mamy dzieci w szkole (zwłaszcza brytyjskiej – skąd nie da się łatwo wyrwać). Ale przecież nie wszyscy to rodzice uczących się. A wcześniej lub później – i w hotelu taniej (zobacz=>).
Tymczasem my Polacy wciąż najchętniej wyjeżdżamy w lipcu (32,7 proc. odpowiedzi), czerwcu (29,2 proc.) oraz sierpniu (20,3 proc.). Najmniej naszych urlopowiczów wypoczywa w listopadzie (0,9 proc.).  A na Costa Blanca było ostatnio w tym miesiącu nawet 26C.
Inna sprawa, że spośród krajów odwiedzanych przez nas poza sezonem i tak najpopularniejsza jest właśnie Hiszpania. Poza latem, chętnie jeździmy do Hiszpanii (22,2 proc. wskazań), Czech (17,4 proc.) i Chorwacji (16,3 proc.).

Inna podróż

Sezon, to również drogie bilety lotnicze. Co za tym idzie – drogie wczasy pakietowe. Pierwszą więc opcją, którą wielu Polaków wybiera od lat, jest podróż własnym pojazdem. Dotyczy to tych z naszej ojczyzny, jak i mieszkających w UK. Rzecz ma swoje zalety i wady. Jest z reguły taniej niż samolotem, nie trzeba się martwić czy są jeszcze bilety. Po drodze też można coś pozwiedzać albo zrobić tanie zakupy w Andorze.

Taka podróż jednak trwa, i w pewnym sensie to strata czasu, który moglibyśmy spędzić już pod palmami. Z UK trzeba przeprawiać się promem, który w sezonie też kosztuje, a bywa problematyczny. Bo akurat stoi kolejka, ktoś strajkuje, czy gdzieś w okolicy problemy robią imigranci z Trzeciego Świata. Dwie godziny na statku – to ani się przespać, ani zabawić.

Co więć zrobić? Znaleźć jak najwcześniej, jak najtańszy lot – np. przy pomocy tej wyszukiwarki/porównywarki i do tego dokupić pobyt na kwaterze prywatnej (jak np. ten bungalow). Auto jednak się przyda. Po co? O tym trochę dalej.

Hiszpania taniej
Oczywiście wynajęcie pojazdu to trochę kosztuje i trzeba umieć porozumieć się z wynajmującym. Jednak ceny bywają i takie jak 10 euro za dzień. Tyle, że musimy o rezerwacji pomyśleć odpowiednio wcześniej. W tym roku usłyszałem w niektórych hiszpańskich firmach, że ludzie rezerwowali auta już zimą i przed latem nic nie było dostępne. Cóż, jak już zauważyliśmy, wypoczywają tam tłumy i to z Zachodu, gdzie praktyka wynajmowania pojazdu to normalne zachowanie. Ale można pokombinować prywatnie. My zapytaliśmy w lokalnym barze, wieść poszła w gronie „expatów” i zaraz znalazł się ktoś chętny wynająć ekonomiczne  autko.

Tu bywa daleko

No a po co nam to auto? Np. po to, aby nie być przywiązanym jak chłop do ziemi do hotelu czy kwatery niedaleko plaży. Takie wszak są najdroższe, a poza tym to nie jest lokalizacja dla tych, którzy chcą mieć na wakacjach spokój. Taniej i spokojniej będzie parę minut jazdy od morza.

Inna sprawa, że ten kraj ma inny charakter niż np. greckie wysepki, resorty wyglądają inaczej niż przykładowo nasz Hel, Krynica Morska, czy Ustka. Zwłaszcza, że sporo z nich wydaje się jakby zbudowana od podstaw całkiem niedawno. Już z ukierunkowaniem na gościa z XX/XXI wieku. Takiego co to się umie porozumieć, ma kartę kredytową w kieszeni i nie obawia się poruszać i załatwiać spraw samemu. To nie są miejsca dla Zdzicha z wąsami, który potrzebuje, aby go wrzucić do hotelu, skąd będzie miał dwa kroki na plażę, drogą, którą się nie zgubi, a wszędzie indziej będzie prowadzony za rękę przez pilota.

Kraj jest też dość duży, jak na Europę, odległości tu mogą być spore. W porównaniu z greckimi wyspami właśnie, naszymi grajdołkami, czy nawet Wielką Brytanią, to jest wręcz ogromny i miejsca na rozbudowę wzdłuż wybrzeża i w głąb lądu tu nie brak.
Inny charakter mają też wyspy – Baleary, Kanary – inny poszczególne Costas w Hiszpanii kontynentalnej. Nawet będąc na Costa Brava (sprawdź tanie hotele =>), w pewnym sensie „bliżej Europy”, poruszałem się sporo na piechotę. Kurorty nie były duże, dało się przejść z miejscowości do miejscowości, nawet z dziećmi w pół godziny. Bardziej kompaktowo, mieszkanie bliżej plaży, niedaleko od niej promenada, a wzdłuż niej ciąg sklepów, kawiarń, restauracji. Też nie wszędzie, bo bywa, że pierwsza linia wzdłuż plaży należy do wielkich hoteli.

Nad morzem, nie przy plaży

Zupełnie inaczej sprawa wygląda w regionie Orihuela Costa należącym do Costa Blanca. Znaczna część zabudowy powstała tutaj pod koniec XX wieku i powstaje dalej. Teren nabity jest willami i apartamentami. Zajmują one obszar nadmorski, a kolejne osiedla powstały i powstają bardziej w głębi lądu. W pasie przy plaży nie ma miejsca na ciąg handlowo-gastronomiczny, ograniczona jest nawet liczba hoteli. Domy znajdują się w posiadaniu brytyjskich „expatów”, osób z innych krajów Zachodniej Europy, a także Rosjan. To ich lokale wakacyjne, względnie miejsca do wynajęcia – na sezon letni i poza nim, bo tu praktycznie zawsze jest ciepło.

Jeżeli nawet mieszkamy blisko morza, to niekoniecznie blisko plaży. Piasek nie tworzy ciągu. Zajmuje poszczególne „calas” (zatoki), a pomiędzy nimi są np. skały. Tak więc, aby poopalać się na plaży, trzeba iść np. kilometr, dwa, lub podjechać samochodem. Również, aby coś skonsumować poza domem, może być konieczna kilkuminutowa chociaż podróż. Podobnie w przypadku zakupów. Są tu wielkie hipermarkety i wręcz kompleksy restauracyjne, wszystko trochę dalej od morza. Rozmach i przestrzeń przypomina bardziej Stany lub Australię. W Sydney na plażę Bondi też się chodzi(?) - przepraszam jeździ, bo kto przy niej mieszka... Kylie Minogue i paru innych.
A ciągi mniejszych knajpek, jak gdzie indziej przy promenadach, na deptakach? Na pewno gdzieś są, ja znalazłem taki np. w Punta Prima – dobry kilometr od morza.

Czas na zmiany

Owe uwarunkowania, całkowite nasycenie kurortów w faworyzowanym przez nas stylu przez tych, którzy wykupili miejsca wcześniej lub drożej, skłania do zastanowienia się, czy może nie warto byłoby zmienić swoich przyzwyczajeń i inaczej zorganizować wakacje. Ja tak zrobiłem i w tym roku po raz pierwszy zamieszkałem cztery kilometry od morza. Wracając do wątku Zdzicha – trzeba sobie zdać sprawę z tego, że to postać z przeszłości. Niektórzy wciąż w tej przeszłości żyją, ale to jednak przeszłość.
Nie tylko sytuacja w popularnych kurortach, ale również zapewnienie sobie możliwości naprawdę wartościowego zwiedzania i po prostu poznawania kraju, skłania do opcji samochodowej. Oczywiście u podstaw naszej mobilności stoi jakie takie obycie w świecie i umiejętność porozumiewania się. Ten warunek da się nieco obejść, czy raczej zminimalizować, ale kompletnym niemotą na wczasach zagranicznych obejmujących coś więcej niż siedzenie na plaży i w hotelu z przewodnikiem, być nie można.

Tak więc: tani lot, tania i spokojna chata dalej od morza, samochód. I wypoczywamy! 🌞





poniedziałek, 1 lipca 2019

Możecie im skoczyć


Uwaga na squatersów



Jest pewien drobiazg, o którym nikt wam nie mówi, kiedy kupujecie dom w Hiszpanii. I nie chodzi o to, że możecie mieć problemy z uzyskaniem licencji turystycznej. Ale o to, że obcy ludzie mogą zagnieździć się w waszym lokalu i nie będziecie mieli prawnej możłiwości, aby ich usunąć. Przynajmniej niezbyt szybko. 

zabezpieczenie domu wakacyjnego w Hiszpanii
Ba, pewnie będziecie za nich płacić rachunki. A oni będą wam się śmiać w twarz, może i grozić. Takie jest hiszpańskie prawo – nie tylko długoterminowego lokatora trudno się pozbyć, ale i tego zupełnie „dzikiego”. Squatersi, którzy wejdą do waszego pustego domu – bo np. mieszkacie w Polsce albo w Wielkiej Brytanii – mogą sobie tam zostać i nie możecie ich usunąć siłą. Policja ich też nie wyrzuci.

Wielu Hiszpanów, których zapytacie o ów problem, będzie miało jakąś historię do opowiedzenia. Nawet ze swojego najbliższego otoczenia. Zdarza się wszak, że ludzie wyjeżdżają na wakacje, zaś po powrocie znajdują swoje mieszkanie zajęte. Muszą znaleźć dla siebie zastępcze lokum, płacić rachunki za oba i toczyć mozolną walkę sądową o usunięcie intruzów.

Bywa, że ci podnajmują pokoje w zajętym w ten sposób lokalu. Taka okoliczność dała zresztą pewnej kobiecie możliwość pozbycia się squatersów (historia opisywana w mediach). Wynajęła ona jeden ze swoich pokoi (nie była znana intruzom), wprowadziła się, a kiedy jej „gospodarzy” nie było w domu, wymieniła zamki i odzyskała swoją nieruchomość.

„Dzicy lokatorzy”, mają w tym kraju dość łatwe zadanie. W Hiszpanii można znaleźć mnóstwo długimi okreamai pustych mieszkań i domów. Niektóre z nich to pochodna kryzysu ekonomicznego, są to lokale przejęte przez banki za niesplacone pożyczki. Inne, to domy wakacyjne. Słabym pocieszeniem jest fakt, że bankom trudniej usunąć intrruzów, jako że aparat sprawiedliwości jest jeszcze łagodniejszy dla łamiących prawo, kiedy nie ponosi szkody osoba indywidualna.

Takie nieruchomości padają często łupem squatersów zorganizowanych, działających w grupach. Namierzają oni dany lokal, sprawdzają zabezpieczenia, podłączenie mediów i wprowadzają się pod osłoną nocy. Nie są to żadni desperaci bez dachu nad głową; są za to trudni do usunięcia, jako że znakomicie znają wszelkie luki prawne. Nie pozostawiają zajętego domu bez nadzoru, aby nie można im było odpowiedzieć tym samym. To ich biznes.

A luk prawnych jest trochę. System zmienił się co prawda ostatnio, tak że nieco łatwiej jest usunąć niepożądanych lokatorów. Ci oczywiście dalej praktycznie nie są karani, ot jakaś grzywna, upomnienie... Natomiast proces ich usunięcia z reguły dalej zbiera pomad rok.

No bo squatersi mogą być niby usunięci w ciągu 48 godzin, ale to tylko jeżeli nie zmienią zamków. A to jest to, co oni robią od razu... zwłaszcza ci profesjonalni. Następna trudność powstaje, kiedy zarejestrują się jako mieszkańcy w radzie gminy (tak, tam ich zarejestrują). A już bardzo ciężkim problemem jest ekipa z dziećmi do lat dziesięciu.

squatersi w Hiszpanii
Co wobec tego pozostaje poza mozolną drogą prawną? Otóż są wyspecjalizowane firmy, które zajmują się pozbywaniem się „dzikich lokatorów”. Trudno wszakże oprzeć się wrażeniu, że niektóre mogą z nimi współpracować...
Oczywiście o zajęciu lokalu należy natychmiast powiadamiać policję i zadbać o pomoc prawną. Przede wszystkim trzeba jednak spróbować zrobić coś, aby tych intruzów nie było. Mieszkanie musi być regularnie odwiedzane, sprawdzane, nie powinno się zostawiać nieodebranej poczy przed drzwiami. Bardzo dobre zamki i inne podobne zabezpieczenia, to oczywistość. Światło z sensorem przed wejściem też się przyda, aby ktoś widział włamujących się. System alarmowy.
Choć to wszystko może nie daje gwarancji, że nikt się nie włamie, może pomóc. Miejmy nadzieję.


W tekście wykorzystano materiały z serwisu „Eye on Spain”.






niedziela, 7 października 2018

UK może nam namieszać

Brexit zbliża się póki co dość pewnie. Ciekawe, kto z was zdaje sobie sprawę, jaki wpływ będzie on miał na rynek nieruchomości wakacyjnych w Hiszpanii? Tak na samą możliwość spędzania tu wakacji przez wielu dotychczasowych klientów, jak i sytuację właścicieli domów wakacyjnych w tym kraju. Bo wpływ będzie. I raczej nie pozytywny.

Brexit a dom w Hiszpanii
Tę pierwszą zależność bardzo łatwo zauważyć. W momencie wyjścia na zasadach „no deal”, czyli bez umowy z Unią Europejską), Brytyjczycy będą mieli utrudnioną opcję spędzania wakacji zagranicą. Poczynając od samego transportu. W sytuacji Brexitu „no deal” Wielka Brytania przestanie być elementem wspólnego rynku lotniczego, który obejmuje nie tylko UE, ale np. USA i Kanadę (w sumie 44 kraje).
Wiadomo, że można z nimi negocjować nowe umowy, ale na to zwykle potrzeba czasu. Jak na razie, możliwe jest, że 29 marca samoloty z UK do Unii przestaną latać w ogóle. Nikt nie chce dopuścić do siebie takiej myśli, ale to możliwe.

Linie lotnicze sprzedają bilety na okres pobrexitowy, ale czyniąc to raczej bazują na nadziei... choć nie wszyscy. Ryanair, jak zawsze cwaniacy, dodaje w warunkach tzw. „Brexitową klauzulę” dotyczącą biletów na po 29 marca 2019 r.. Zauważa ona, że bilety mogą stracić ważność, jeżeli dojdzie do opcji „no deal”.

No ale załóżmy, że turyści (i niektórzy właściciele domów) dostaną się do Hiszpanii drogą kołową. Oczywiście po odstaniu swojego w kolejce przez pół Kentu i przejściu przez kontrolę celno-graniczną. No i jeżeli promy będą kursować normalnie. Tu bowiem też można spodziewać się utrudnień. Np. kapitanowie jednostek spoza Unii, z krajów nie mających z nią umowy, powinni za każdym razem przedstawiać imienną listę wszystkich pasażerów i takie tam...
Tak więc turyści w końcu dojadą. Tylko, że całkiem możliwe, że będą mieli mniej do wydania. Czy bowiem funt pójdzie do góry?


https://www.paidonresults.net/c/51502/1/629/0


Teraz – co z tymi, którzy są brytyjskimi rezydentami podatkowymi, a posiadają dom w Hiszpanii (jak wielu z was). Otóż wynajem wakacyjny będzie dużo mniej opłacalny. Dlaczego? Jako osoby spoza Unii Europejskiej, stracicie prawo do opodatkowania wynajmu stawką 19% i do odliczeń jakichkolwiek kosztów. Zamiast tego trzeba będzie zapłacić proste 24%. Albo... przemeldować się jakoś do Irlandii?
No chyba że państwo w ogóle nie płacicie – częsty przypadek, tylko robicie interes na lewo albo chowacie głowę w piasek (jakoś to będzie). Aaa – to zwracam honor.

No i wreszcie wpływ Brexitu na rynek nieruchomości, który będzie dotyczył nie tylko tych co z UK, ale nas wszystkich. Może być różnoraki. Np. Brytyjczykom może tu przestać być wygodnie. Obcy ludzie, spoza Unii, stracą ubezpieczenie przysługujące Europejczykom i inne przywileje. Pieniądze z brytyjskiej emeryturki stracą na wartości.
Czyli, powoli trzeba by im się wynosić. A to znaczy sprzedaż domu. Wobec tego tychże domów znajdzie się więcej na rynku i stracą na wartości. Wasze nieruchomości będą przez to też mniej warte.

Chyba, że coś się dla Brytoli wymyśli. Jakiś deal, jak z Norwegami. Ale o to się w całej sprawie rozchodzi – deal polegający na aprobowaniu jednej wolności, musi według Unii obejmować wszelkie swobody. Nie da się wybierać niektórych z nich, a innych nie akceptować. Np. swoboda przepływu towarów, to i swoboda przepływu osób. A tego Brytyjczycy nie chcą.

Wiara w to, że rząd z Londynu pochyli się nad losem swoich expatów, powinna być płonna. Już ostatnio, podczas referendum, odebrali wielu z nich prawo głosu. Jeżeli już, to inne niedogodności zmuszą brytyjskich Konserwatystów do zmiany zdania.





piątek, 24 sierpnia 2018

Trzeba wiedzieć co się bierze



Wynajmuję dom wakacyjny turystom i sam bywam klientem innych wynajmujących. To daje mi trochę inne spojrzenie na ten biznes i relacje pomiędy klientem, a gospodarzem. Tym razem słów parę o ocenie obiektu i pobytu przez klienta.

opinie gości wakacyjnychPrzyczynkem niech będzie mój wyjazd wakacyjny na jedną z Wysp Sarońskich. To te niedaleko od Aten... tzn. stosunkowo niedaleko. No bo po drodze jest woda. Pomysł był więc taki, aby dolecieć do Aten, następnie komunikacją miejską przemieścić się do Pireusu i dalej bujnąć się promem na wyspę.

Ponieważ jednak nasz samolot przylatywał dość późno, trzeba było przenocować w Pireusie i na drugi dzień popłynąć promem. Czyli – konieczne było wynajęcie hotelu na noc.
Znalazłem taki. Był to hotel Electra. Dla nas w sam raz. Kilkaset metrów od przystani promowej, niedaleko od przystanku z lotniska, bez ograniczeń co do długości pobytu. Na jedną noc? Nie ma sprawy.
Jak się okazało, obiekt czysty, zadbany, łóżka wygodne, klimatyzacja działała bez zarzutu, WiFi też.W pobliżu sporo kafejek, piekarni itp., gdzie można bylo się tani pożywić o różnych porach dnia i nocy. No dokładnie to, co nam było potrzebne. Rewelacyjnie położony. Polecam.

Kiedy wróciłem już z wakacji, znalazłem w swojej skrzynce mailowej zaproszenie do zrecenzowania hotelu. Zrobiłem to, a przy okazji przeczytałem opinie innych klientów. To co mi się podobało im raczej też, ale przy okazji sporo pretensji. Przede wszystkim o okolicę w jakiej się obiekt znajduje. O hałasy z zewnątrz.
I tego zupełnie nie rozumiem. Wynajmujący najwyraźniej nie patrzą na mapę, bukując lokum. Nie czytają o okolicy. Czyż nie jest oczywistym, że znajdujący się praktycznie w porcie obiekt, w kraju i miejscu, w którym właściwie nie idzie się spać, będzie miał raczej żywotne sąsiedztwo?

Hotel Electra Agistri
Hotel Agistri
Podobne uwagi przeczytałem i nt. następnego hotelu,tj. Agistri Hotel, w którym spędziliśmy kolejne dwa tygodnie. Było tak, jak miało być, tzn. jak zaznaczono to w opisie. Hotel znajduje się nad barem. Barów, restauracji, kawiarni, sklepów zresztą wokół sporo. W tym miejscu późno kładą się spać. Tego się spodziewałem, bo przeczytałem opis.
Na co więc narzekać?

Po powrocie z wakacji czekała na mnie również ocena pobytu moich gości w moim obiekcie. Nie najgorsza, ale też nie najlepsza. Dlaczego? Ze względu na lokalizację – ileś tam od marketu. Ale przecież ja tę lokalizację podaję w kilku miejscach. Piszę ile trzeba jechać, a ile iść. Opisuję co znajduje się w okolicy.
Tylko kto to czyta... Można by powiedzieć, że to ich problem. Tyle, że przez ten brak odbioru opisu, powstają oceny, które platformy typu booking.com lub Tripadvisor publikują bez względu na ich treść. A tu ludzie np. domagają się czegoś, czego im nie oferowano. A później się skarżą.

Jest parę opcji, jak sobie pomóc. Oczywiście, podstawą jest opis jasny i dokładny. Ale to też może nie pomóc.
Natomiast zauważyłem, że najniższe oceny dostaję od... Hiszpanów, przyjeżdżających na kilka dni. Dziwna prawidłowość. Generalnie, wydaje się, że trzeba zablokować takie pobyty. Aby nie przyjeżdżały osoby bez kasy, polujące na okazje, liczące na to, że za parę groszy dostaną serwis jak w Sheratonie. Niestey więc... nie można wynajmować za tanio, na za krótko.

Na inne pomysły – czekam.





niedziela, 15 lipca 2018

Pierwsza była Costa Brava

Swoją przygodę z Hiszpanią rozpoczęliśmy jak na dzisiejsze czasy nietypowo, bo... pod namiotem. Przez przypadek zresztą. Do tego na Costa Brava, najbliższym UK i Polski. Później przyszły kolejne etapy – wakacje hotelowe oraz kupno domu. Dla siebie i na wynajem. Poznaliśmy różne opcje turystyki w tym kraju. I... każda ma plusy i minusy.  

A z tym namiotem to było tak, że ani namiotu, ani Hiszpanii nikt nie planował. Ale razu pewnego zaszedłem do Tesco, a tam obniżka na namioty. 10 funtów za taki czteroosobowy. Jak można było nie wziąć? To wziąłem.

No i później siedzimy z kumplem przy piwie (ciepło było) i tak się zastanawiamy – gdzie by tu wyskoczyć pod te namioty? Może do Walii... Ale przecież to Wielka Brytania, pogoda może się zepsuć i co my wtedy...
No to skoczmy już za Kanał. We Francji pogoda będzie pewnie lepsza. Ale jak do Francji, to czemu nie na południe? Tam na pewno będzie jeszcze lepsza,
Zaczęliśmy nawet sprawdzać tę Francję, a konkretnie Riwierę. Niestety, z wieloma pracownikami kempingów nie można się było dogadać przez telefon. Znali tylko swój język. Do tego strony internetowe owych obiektów były dość ubogie. Spróbujmy więc za Pirenejami. Przecież to tylko kilka kroków.

kemping w Hiszpanii
Interesujących miejsc kempingowych było tu sporo. Dobrze też czytało się materiały w necie. A przez telefon spokojnie można było zasięgnąć informacji dokonać wstępnej informacji.
Wybór padł na miejscowość Platja d'Aro i kemping w lesie nad samą woda. Dokładnie nad urwiskiem, z którego schodziło się po drewnianych schodach na małą plażę w spokojnej zatoczce z przejrzystą wodą. Plaża była praktycznie tylko dla mieszkańców kempingu, bo najwyraźniej nie wiedzieli o niej ci zza skały, która oddzielała zatokę od wielkiej i zatłoczonej plaży miejskiej.

Świetne miejsce, do wypoczynku, plażowania i pływania, również z rurką. Ciekawe wakacje. Choć już wtedy kusiły mnie również hotele w Platja d'Aro i koncepcja wakacji, na których wszystko ma się podane do dzioba.
No i na takowe pojechaliśmy następnym razem. Do sławnego Lloret de Mar. Ta miejscowość ma sporo do zaoferowania, a biorąc pod uwagę okolice, znajdziecie tu średniowieczne zamki, muzea, świetne restauracje, energetyczne kluby i małe knajpeczki oraz szerokie plaże. No i to, co przyciąga wielu, czyli największy w Europie Park Wodny, Water World.

Jest tu ten hotel znany z „Pamiętników z Wakacji” i sporo innych, ale wybraliśmy ciut oddalony od plaży (10 minut) Hotel Selvamar. M.in. dlatego, że mieli tu opcję wyżywienia Full Board. Do tego też świetny, naprawdę duży basen i mnóstwo innych rozrywek dla małych i dużych. Piłka wodna, siatkówka, siłownia, aerobik w wodzie, strzelanie, animacja w dzień i w nocy, ciągłe konkursy itp. itd. Działo się.
A pod hotelem ciąg małych knajpek, gdzie chodziliśmy wypić jakieś ciekawe wino i oglądnąć futbol. Bo nie ma to jak oglądać piłkę nożną w Hiszpanii, nawet w TV. Akurat wtedy Wisła grała w eliminacjach do Ligi Mistrzów, Hiszpanie pokazywali relację, uważali krakowian za faworytów, a tu... klops. Ale za bardzo nam to pobytu nie popsuło.

wakacje na Costa Brava
Do tego stopnia, że za kilka lat powróciliśmy na Costa Brava, znów do hotelu. Tym razem w miejscowości Santa Susanna. Hotel nie był aż tak atrakcyjny, basen mniejszy, ale były plusy. Do plaży bliżej i no i znajdowaliśmy się przy promenadzie, gdzie ciągle coś się działo. Jeżeli nie podobał nam się program rozrywkowy w naszym hotelu, to szliśmy do następnego. Bo tu wszędzie przyjmują z otwartymi rękoma. Więc jak nie pokaz papug, to węże. Jak i nie to, to może tańce brazylijskie? Albo koncert fajnej, rockowej kapeli? Nie dało się nudzić wieczorami.

To trzeba oczywiście lubić. Takie życie trochę bardziej zorganizowane, ale i w zgiełku popularnego kurortu. Może być – jednak spokój też lubimy. I wczasy, podczas których wszystko organizujemy sobie sami i robimy co chcemy i kiedy chcemy. Albo i nic nie robimy, poza leżeniem w swoim ogrodzie nad swoim basenem.
Dlatego właśnie kupiliśmy nieruchomość w Hiszpanii. Tym, którzy lubią ten typ wypoczynku, chyba też tańszego, polecamy wynajem domów wakacyjnych. Nie tylko w tym kraju, ale szczególnie w całym basenie Morza Śródziemnego, czy w ogóle na całym świecie.


Ostatni post o tym jak płacić podatek w Hiszpanii za wynajem





środa, 11 lipca 2018

Syzyfowe prace III


HISZPAŃSKI SYSTEM PODATKOWY I WYNAJEM DOMÓW WAKACYJNYCH

Mam! Otrzymałem z hiszpańskiej skarbówki certyfikat elektroniczny i mogę sam płacić podatki za hiszpański dom. Z dowolnego miejsca na ziemi, nawet bez chodzenia na pocztę i bez płacenia komuś za pośrednictwo. Działa... prawie wszystko.

problemy z podatkiem w Hiszpanii
Czytelnicy tego bloga pewnie pamiętają, że z systemem użeram się od dłuższego czasu. Przypomnienie – w poprzednim odcinku.
Żyjąc w realiach brytyjskiego systemu skarbowego, nie mam zamiaru nigdzie łazić, nikomu odpalać doli i chcę „robić te rzeczy”, łatwo, szybko i przyjemnie. Zapomniałem już też jak było w Polsce, gdzie ludzie wciąż udają się do urzędu, wypełniają jakieś papiery, stoją w kolejkach...

Nie mam na to czasu. Wszak podatki za dom w Hiszpanii, który sam na siebie zarabia przez cały rok, trzeba płacić PIĘĆ RAZY W ROKU (oprócz tego podatki komunalne płacą się same, za pomocą stałego zlecenia). Tu jeszcze raz o tym, jak płacić podatek w Hiszpanii, za wakacyjną nieruchomość. I nie mam na to pieniędzy. Biura prawne życzą sobie tyle za usługę (w tym niepotrzebne mi obliczanie podatku – „proste jak taczki”), że całe przedsięwzięcie traci sens, biorąc pod uwagę jeszcze sam podatek i inne opłaty. Chyba, żeby się dysponowało chatą, która generuje ciężkie tysiące.

Tak więc jakiś czas temu wyklarowano mi, że zapłacić online się po prostu nie da. Trzeba mieć zainstalowane w komputerze specjalny certyfikat elektroniczny. W momencie wejścia (przez Firefoxa) na stronę skarbówki zostajemy rozpoznani przez system i możemy wypełniać formularz i płacić.
Dostać korespondencyjnie owego certyfikatu nie można. Trzeba jechać do odpowiedniego oddziału osobiście. Certyfikat jest ważny dwa lata. Przed upływem owego czasu należy go odnowić (można online – podobno).
Zdecydowałem się przejść i ową procedurę. Rozpocząć ją trzeba wcześniej, umawiając się na wizytę i otrzymując specjalny numer referencyjny. Nie da się po prostu przyjść.

hiszpański urząd skarbowy
Dzięki pomocy znanego wielu z Was biura tłumaczeń umówiłem się i przebyłem wizytę. Jest to dość szybkie spotkanie... tzn. moje było ciut dłuższe, jako że musiałem wyklarować sprawę poprzedniego podatku, który bez certyfikatu zapłaciłem z konta „na siłę” – a więc nie było tego w systemie Agencia Tributaria.

Certyfikat przychodzi na podany w zgłoszeniu e-mail. Jego instalację radzę również przeprowadzić z tłumaczem, jeżeli nie jesteście zbyt biegli w hiszpańskim. Oprogramowanie zaś dobrze ściągnąć również na pendrive, jako że ewentualna reinstalacja Windows (podobno również czyszczenie systemu) spowoduje, że ów certyfikat się ulotni. Trzeba by znów jechać do Murcii, czy gdzie tam macie urząd skarbowy...

Działa! Ale... Okazuje się, że prosto to ja mogę zapłacić podatek tylko za siebie. Ale co, kiedy nieruchomość jest również na współmałżonka? Wszak wtedy ów współmałżonek musi zapłacić połowę podatku i wypełnić osobny „PIT”. Okazuje się, że najlepiej, aby taka osoba miała osobny certyfikat, na osobnym komputerze.
Niby istnieje w formularzu możliwość płacenia za kogoś, ale system jednak wariuje, kiedy wybierzemy taką opcję. Ja upchnąłem drugiego podatnika „butami” - tzn. wpisując siebie jako wypełniającego, przedstawiciela płatnika i współpłatnika oraz nabywcę lokalu. Żona pozostała w tym formularzu tylko płatnikiem. Inaczej wyświetlają się błędy i zapłacić się nie da.

Kwestia jak płacić podatek w Hiszpanii nie jest więc taka prosta.. ;-)

Jeżeli macie jakieś pytania, proszę o kontakt tutaj.


czwartek, 12 kwietnia 2018

Syzyfowe prace II

HISZPAŃSKIE PODATKI I WYNAJEM DOMÓW WAKACYJNYCH


O podatkach pisaliśmy tu już nie raz. Tematu tak naprawdę nie da się zamknąć. A przyczyną są ci, którzy za nim stoją, czyli hiszpańskie instytucje finansowe  - przede wszystkim te państwowe, ale także te prywatne.

podatki za dom na wynajem w Hiszpanii
Wakacyjny wynajem domu to wszak interes, jak każdy inny. Pomijam opcję, kiedy ktoś decyduje się robić to całkowicie „na czarno” (tak jak mi zresztą radzili pewni dobrzy tubylcy). Jednak przyjmijmy, że robimy to legalnie.

Gdyby taki interes prowadzić np. w Wielkiej Brytanii, to nie ma problemu. Otwieram komputer, wpisuję przychód i koszty w odpowiednie rubryki, system wylicza dochód, podatek, po czym daje możliwość natychmiastowej zapłaty online (albo inne opcje). Cześć.

Jak jest w Polsce, to nie wiem. Boję się jednak, że bez odbezpieczonego rewolweru nie podchodź. Wszak ktoś, kto uważa ciebie za potencjalnego przestępcę – sam nie może być dobrym człowiekiem. Nie, dziękuję.

W Hiszpanii mamy najwyraźniej system pośredni. Ludzie wydają się sympatyczni, stworzyli system elektroniczny – który jest niezłym bajzlem. Nie wiem, czy tak im wyszło, czy to celowo. Czy ktoś tu łowi ryby w mętnej wodzie, czy też jest po prostu bałaganiarzem, z zamiłowania lub genetycznie?

Ja o nowościach w systemie i pewnych starych zawiłościach jeszcze kilka dni temu nie wiedziałem. Wszak używałem ów system tylko do momentu wygenerowania zeznania, a później przesyłałem je e-mailem do banku i oni to załatwiali dalej. Ale już nie chcą tak robić, proponują durnowate „przyjdź do oddziału”. Jak? Rzucim się przez morze?
No ale wyjaśnili mi, że mogę sam zapłacić z konta, jest tam taka zakładka. Moje konto ma też podpis elektroniczny. Sprawa na przyszłość wydawała się prosta. I pomyślałem -

Bój to jest nasz ostatni?

Jednak – nie.
Otóż cały proces składa się następujących elementów: obliczenie przychodu, wydatków i dochodu; wpisanie ich w Formę 210, wpisanie danych tegoż formularza w system bankowy; i coś o czym wcześniej nie wiedziałem (bo powinno robić się samo, przez bank) – poinformowanie o tym hiszpańskiego systemu podatkowego. Tak, mimo że ów formularz 210 wypełnia się online i takżeż zatwierdza, to państwo jeszcze musi być poinformowane o wpłacie. Owszem, ono tą wpłatę ma, ale może nie zauważyć, prawda?

I tu już wam coś pewnie świta, ale po kolei. Otóż podatki wyliczyłem zgrabnie, to nie problem. Z użyciem Modelo 210 pojawiła się pierwsza zagwozdka. Otwarłem link, który mam w zakładkach, wpisałem wszystko w formularz, zatwierdzam... nie działa! Tzn. wyświetla po hiszpańsku „niedozwolona operacja”. Jak to?!
Podjąłem znane z psychologii „działania fiksacyjne” - takie, kiedy próbujecie coś dopasować na siłę, choć przecież widać, że nie idzie. No i nie szło.
Trzeba by było z innej mańki.

Otwarłem inny link do Formy 210... no i okazało się, że od tego roku jest nowa. Tzn. taka sama, tylko, że nowa. Trochę inny layout, te same rubryki.
Trzeba powiedzieć, że ma wszakże jeden plus. Jak zrobisz błąd, to przy zatwierdzaniu pokazuje dokładnie, gdzie ten błąd jest. Poprzednia tylko mówiła, że jest błąd, ale nie gdzie.

Formularz 210 z głowy, płacimy. Wypełniłem odpowiednie rubryki na koncie, zatwierdzam – nie działa. Osz k... Głowa mnie już boli. Dzwonię na numer, który się wyświetlił. W banku odbiera sympatyczny gość, który jak się okazuje, nie za bardzo orientuje się w temacie. Każe mi czekać, pyta, jednego, drugiego menadżera. Nikt nie wie o co chodzi. Podobno wszystko robię dobrze (dużo kombinacji nie ma – pięć rubryk).
W międzyczasie sam czegoś próbuję. Jest! To nie ta zakładka na koncie (którą oni mi wskazali). Inna. Działa! Zapłacone. Uczę gościa z banku S., ten się bardzo cieszy i dziękuje.

Już tylko drobiazg

Została pestka... wpisać numer, który się wyświetlił po płatności w odpowiednie miejsce na stronie Agencia Tributaria. Prowadzi tam link, który również się wyświetlił.
No i tego miejsca szukam do dziś. Link jest do d..., tzn. do strony głównej skarbówki, a na niej jak można się domyślać, są setki możliwości.
W banku nie umie mi nikt powiedzieć co z tym zrobić, w Agencia Tributaria nie wiadomo gdzie znaleźć kompetentną osobę, zresztą potrzebuję aby ta osoba mówiła po angielsku, czat nie działa, na Twitterze nie odpisują, na e-maila też nie...

Czy mimo tych przejść polecam komuś oddanie spraw w ręce biur podatkowych? Nieee... No chyba, że będziecie mieli ciężkie tysiące dochodu (nie przychodu). A tak, płacić więcej za pomoc w uiszczeniu podatku niż ten podatek wynosi – to się kupy nie trzyma.

Dojdziemy do rozwiązania, spoko.



 

niedziela, 11 lutego 2018

Pokaż się ludziom

Aby mógł powieść się wasz wakacyjny wynajem nieruchomości, najpierw musicie dotrzeć do klienta. Jak w każdym handlu – usługi to też handel w pewnym sensie. Rzecz niby prosta, można ją komuś zlecić; ale można też zrobić samemu. Praktycznie bez pieniędzy. Pomijam na tym etapie platformy do wynajmu nieruchomości.



reklama domów wakacyjnych
Tak, wiem, że nie spodoba się to tym, którzy wam proponują to zrobić za pieniądze. Nie ma innej możliwości.  Domy na wynajem w Hiszpanii kuszą stado pośredników. Niemniej – i dla nich w naszym schemacie może znaleźć się miejsce. I zarobek.

W dzisiejszych czasach królem jest internet. I bez jakiejkolwiek znajomości tegoż... sorry, skazani jesteście na wymarcie. Ale – jeżeli to czytacie, to znaczy, że jesteście tu obecni. Być może nawet zastanawiacie się – o czym ja mówię? Ale tak, istnieją wciąż ludzie, którzy pozostali mentalnie w poprzednim stuleciu. Dokładnie jakieś 30 lat przed jego zakończeniem. Bo telewizję np. uznają. Telefon (chociaż bez cudów). Za nimi ten postęp, że już nie chodzą na pocztę, aby zamawiać rozmowę... ale wciąż za nią płacą, kiedy można za darmo...

Owszem, są tacy, którzy po prostu mają ten domek i udostępniają go czasami rodzinie i znajomym. Albo nikomu. Stać ich na to. I chwała im za to. Też bym tak chciał.

A tymczasem dla tych, którzy chcą lub muszą wynajmować, sytuacja jest inna. Trzeba się reklamować. Bo reklama i promocja – w gruncie rzeczy są bardzo pokrewne.

Najpierw zwykłe ogłoszenia


Zacznijmy więc może od tego, że dobrze byłoby się zapisać i do zwykłych portali ogłoszeniowych i reklamować na nich. Wydaje się nawet, że w Polsce tych za darmo jest więcej niż np. w UK.
Oczywiście – kto dostrzeże wasze ogłoszenie, gdzieś w tłumie, pośród tysięcy innych ogłoszeń? Cudów nie ma.
Jednak ono ma sens. Owszem, może je ktoś mimo wszystko zobaczyć bezpośrednio i u was zabukować. Jednak ważniejsze chyba jest to, że ono wyświetla się jako osobna strona internetowa (podstrona dokładnie) i jako taka podlega wszystkim regułom internetu, a szczególnie Google (bo to oni rządzą internetem, nie da się ukryć). I kiedy ktoś wpisze w wyszukiwarkę „domek na La Manga” - może mu się wyświetlić wasza oferta. Ale ważne, aby te słowa zostały użyte w tekście ogłoszenia.
Tych ogłoszeń możecie dać wiele, na różnych portalach. Ale zmieniajcie ich treść, chociaż trochę. Google w przeciwnym wypadku bierze to za spam.
Tu wchodzimy w teorię SEO (Search Engine Optimization), czyli pozycjonowania stron, o czym na razie tyle.


Media społecznościowe


Są jeszcze potężniejsze narzędzia reklamowe. Najważniejszym z nich jest Facebook. Najpierw piszemy na swojej stronie, później dodajemy do grup. Proste.
Pamiętajcie również o Marketplace i dodawaniu do wielu grup za jednym zamachem. Kiedyś Facebook za to karał, dziś sam dał taką możliwość.

Problem może powstać, kiedy robimy to za często. Facebook nie po to gada tyle o „social media w promowaniu twojego przedsięwzięcia”, aby być dobrym kolegą. Oni chcą kasy. Najlepiej, abyś zapisał się do Facebook Ads (można, polecam) i tam promował swój spam. Według dużych firm, posiadaczy kanałów informacyjnych, spam opłacony, to już  nie jest spam (a definicja tego zjawiska jednak nie odróżnia spamu za pieniądze i tego darmowego). No ale to oni dyktują warunki. A jak się do nich nie dostosujesz – mogą zablokować.

Są wszak jeszcze inne opcje. I nie będę tu mówił o Twitterze, który ma niskie loty wśród narodu polskiego (warto by sprawdzić czemu). Ale jest np. coś takiego, jak Google AdWords.
To te małe ogłoszenia, które wyświetlają się na różnych stronach internetowych np. pośród tekstu, obok itd., a których tematyka dziwnie odpowiada temu, o czym przed chwilą czytaliście. Ich właścicielem jest Google albo jego krewniacy. A raczej dystrybutorem, bo treść możecie podyktować np. wy. Jak i określić gdzie mają się wyświetlać. Np. na całym świecie. Da się zrobić.
To oczywiście kosztuje. Płacimy za kliknięcie. Ale może się opłacić

Wreszcie własna strona internetowa. Ale to już inna bajka. Bardzo piękna, ale wykonalna. I to tanio.

Wszystkie wyżej wymienione formy mają jedną przewagę nad platformami do wynajmu (o których innym razem) – pod warunkiem, że nie promujemy w nich linka do np. Home Lettings, a nasze dane. Klient dociera bezpośrednio do nas. Nie płacimy nikomu prowizji za pośrednictwo.
Ale za tym idą też minusy. Wszystkim, zwłaszcza od strony finansowej, trzeba zająć samemu. I całkiem samemu za wszystko odpowiadać przed klientem.