Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wynajem nieruchomości w Hiszpanii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wynajem nieruchomości w Hiszpanii. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 października 2018

UK może nam namieszać

Brexit zbliża się póki co dość pewnie. Ciekawe, kto z was zdaje sobie sprawę, jaki wpływ będzie on miał na rynek nieruchomości wakacyjnych w Hiszpanii? Tak na samą możliwość spędzania tu wakacji przez wielu dotychczasowych klientów, jak i sytuację właścicieli domów wakacyjnych w tym kraju. Bo wpływ będzie. I raczej nie pozytywny.

wakacyjny wynajem nieruchomości
Tę pierwszą zależność bardzo łatwo zauważyć. W momencie wyjścia na zasadach „no deal”, czyli bez umowy z Unią Europejską), Brytyjczycy będą mieli utrudnioną opcję spędzania wakacji zagranicą. Poczynając od samego transportu. W sytuacji Brexitu „no deal” Wielka Brytania przestanie być elementem wspólnego rynku lotniczego, który obejmuje nie tylko UE, ale np. USA i Kanadę (w sumie 44 kraje).
Wiadomo, że można z nimi negocjować nowe umowy, ale na to zwykle potrzeba czasu. Jak na razie, możliwe jest, że 29 marca samoloty z UK do Unii przestaną latać w ogóle. Nikt nie chce dopuścić do siebie takiej myśli, ale to możliwe.

Linie lotnicze sprzedają bilety na okres pobrexitowy, ale czyniąc to raczej bazują na nadziei... choć nie wszyscy. Ryanair, jak zawsze cwaniacy, dodaje w warunkach tzw. „Brexitową klauzulę” dotyczącą biletów na po 29 marca 2019 r.. Zauważa ona, że bilety mogą stracić ważność, jeżeli dojdzie do opcji „no deal”.

No ale załóżmy, że turyści (i niektórzy właściciele domów) dostaną się do Hiszpanii drogą kołową. Oczywiście po odstaniu swojego w kolejce przez pół Kentu i przejściu przez kontrolę celno-graniczną. No i jeżeli promy będą kursować normalnie. Tu bowiem też można spodziewać się utrudnień. Np. kapitanowie jednostek spoza Unii, z krajów nie mających z nią umowy, powinni za każdym razem przedstawiać imienną listę wszystkich pasażerów i takie tam...
Tak więc turyści w końcu dojadą. Tylko, że całkiem możliwe, że będą mieli mniej do wydania. Czy bowiem funt pójdzie do góry?


https://www.paidonresults.net/c/51502/1/629/0


Teraz – co z tymi, którzy są brytyjskimi rezydentami podatkowymi, a posiadają dom w Hiszpanii (jak wielu z was). Otóż wynajem wakacyjny będzie dużo mniej opłacalny. Dlaczego? Jako osoby spoza Unii Europejskiej, stracicie prawo do opodatkowania wynajmu stawką 19% i do odliczeń jakichkolwiek kosztów. Zamiast tego trzeba będzie zapłacić proste 24%. Albo... przemeldować się jakoś do Irlandii?
No chyba że państwo w ogóle nie płacicie – częsty przypadek, tylko robicie interes na lewo albo chowacie głowę w piasek (jakoś to będzie). Aaa – to zwracam honor.

No i wreszcie wpływ Brexitu na rynek nieruchomości, który będzie dotyczył nie tylko tych co z UK, ale nas wszystkich. Może być różnoraki. Np. Brytyjczykom może tu przestać być wygodnie. Obcy ludzie, spoza Unii, stracą ubezpieczenie przysługujące Europejczykom i inne przywileje. Pieniądze z brytyjskiej emeryturki stracą na wartości.
Czyli, powoli trzeba by im się wynosić. A to znaczy sprzedaż domu. Wobec tego tychże domów znajdzie się więcej na rynku i stracą na wartości. Wasze nieruchomości będą przez to też mniej warte.
Chyba, że coś się dla Brytoli wymyśli. Jakiś deal, jak z Norwegami. Ale o to się w całej sprawie rozchodzi – deal polegający na aprobowaniu jednej wolności, musi według Unii obejmować wszelkie swobody. Nie da się wybierać niektórych z nich, a innych nie akceptować. Np. swoboda przepływu towarów, to i swoboda przepływu osób. A tego Brytyjczycy nie chcą.

Wiara w to, że rząd z Londynu pochyli się nad losem swoich expatów, powinna być płonna. Już ostatnio, podczas referendum, odebrali wielu z nich prawo głosu. Jeżeli już, to inne niedogodności zmuszą brytyjskich Konserwatystów do zmiany zdania.

niedziela, 11 lutego 2018

Pokaż się ludziom

Aby mógł powieść się wasz wakacyjny wynajem nieruchomości, najpierw musicie dotrzeć do klienta. Jak w każdym handlu – usługi to też handel w pewnym sensie. Rzecz niby prosta, można ją komuś zlecić; ale można też zrobić samemu. Praktycznie bez pieniędzy. Pomijam na tym etapie platformy do wynajmu nieruchomości.



Tak, wiem, że nie spodoba się to tym, którzy wam proponują to zrobić za pieniądze. Nie ma innej możliwości.  Domy na wynajem w Hiszpanii kuszą stado pośredników. Niemniej – i dla nich w naszym schemacie może znaleźć się miejsce. I zarobek.

W dzisiejszych czasach królem jest internet. I bez jakiejkolwiek znajomości tegoż... sorry, skazani jesteście na wymarcie. Ale – jeżeli to czytacie, to znaczy, że jesteście tu obecni. Być może nawet zastanawiacie się – o czym ja mówię? Ale tak, istnieją wciąż ludzie, którzy pozostali mentalnie w poprzednim stuleciu. Dokładnie jakieś 30 lat przed jego zakończeniem. Bo telewizję np. uznają. Telefon (chociaż bez cudów). Za nimi ten postęp, że już nie chodzą na pocztę, aby zamawiać rozmowę... ale wciąż za nią płacą, kiedy można za darmo...

Owszem, są tacy, którzy po prostu mają ten domek i udostępniają go czasami rodzinie i znajomym. Albo nikomu. Stać ich na to. I chwała im za to. Też bym tak chciał.

A tymczasem dla tych, którzy chcą lub muszą wynajmować, sytuacja jest inna. Trzeba się reklamować. Bo reklama i promocja – w gruncie rzeczy są bardzo pokrewne.

Zacznijmy więc może od tego, że dobrze byłoby się zapisać i do zwykłych portali ogłoszeniowych i reklamować na nich. Wydaje się nawet, że w Polsce tych za darmo jest więcej niż np. w UK.
Oczywiście – kto dostrzeże wasze ogłoszenie, gdzieś w tłumie, pośród tysięcy innych ogłoszeń? Cudów nie ma.
Jednak ono ma sens. Owszem, może je ktoś mimo wszystko zobaczyć bezpośrednio i u was zabukować. Jednak ważniejsze chyba jest to, że ono wyświetla się jako osobna strona internetowa (podstrona dokładnie) i jako taka podlega wszystkim regułom internetu, a szczególnie Google (bo to oni rządzą internetem, nie da się ukryć). I kiedy ktoś wpisze w wyszukiwarkę „domek na La Manga” - może mu się wyświetlić wasza oferta. Ale ważne, aby te słowa zostały użyte w tekście ogłoszenia.
Tych ogłoszeń możecie dać wiele, na różnych portalach. Ale zmieniajcie ich treść, chociaż trochę. Google w przeciwnym wypadku bierze to za spam.
Tu wchodzimy w teorię SEO (Search Engine Optimization), czyli pozycjonowania stron, o czym na razie tyle.

Są jeszcze potężniejsze narzędzia reklamowe. Najważniejszym z nich jest Facebook. Najpierw piszemy na swojej stronie, później dodajemy do grup. Proste. Pamiętajcie również o Marketplace i dodawaniu do wielu grup za jednym zamachem. Kiedyś Facebook za to karał, dziś sam dał taką możliwość.
Problem może powstać, kiedy robimy to za często. Facebook nie po to gada tyle o „social media w promowaniu twojego przedsięwzięcia”, aby być dobrym kolegą. Oni chcą kasy. Najlepiej, abyś zapisał się do Facebook Ads (można, polecam) i tam promował swój spam. Według dużych firm, posiadaczy kanałów informacyjnych, spam opłacony, to już  nie jest spam (a definicja tego zjawiska jednak nie odróżnia spamu za pieniądze i tego darmowego). No ale to oni dyktują warunki. A jak się do nich nie dostosujesz – mogą zablokować.

Są wszak jeszcze inne opcje. I nie będę tu mówił o Twitterze, który ma niskie loty wśród narodu polskiego (warto by sprawdzić czemu). Ale jest np. coś takiego, jak Google AdWords.
To te małe ogłoszenia, które wyświetlają się na różnych stronach internetowych np. pośród tekstu, obok itd., a których tematyka dziwnie odpowiada temu, o czym przed chwilą czytaliście. Ich właścicielem jest Google albo jego krewniacy. A raczej dystrybutorem, bo treść możecie podyktować np. wy. Jak i określić gdzie mają się wyświetlać. Np. na całym świecie. Da się zrobić.
To oczywiście kosztuje. Płacimy za kliknięcie. Ale może się opłacić

Wreszcie własna strona internetowa. Ale to już inna bajka. Bardzo piękna, ale wykonalna. I to tanio.

Wszystkie wyżej wymienione formy mają jedną przewagę nad platformami do wynajmu (o których innym razem) – pod warunkiem, że nie promujemy w nich linka do np. Home Lettings, a nasze dane. Klient dociera bezpośrednio do nas. Nie płacimy nikomu prowizji za pośrednictwo.
Ale za tym idą też minusy. Wszystkim, zwłaszcza od strony finansowej, trzeba zająć samemu. I całkiem samemu za wszystko odpowiadać przed klientem.


    

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Bo zupa była za słona...

Perspektywa posiadania domu wakacyjnego, również pod wynajem, wygląda rewelacyjnie w momencie, kiedy przedstawiają ją agenci zajmujący się nieruchomościami. W rzeczywistości można stracić trochę nerwów... ale i mieć trochę zabawy. Generalnie mała chata w Hiszpanii, to również dobra szkoła biznesu. No i nauka customer service – o co zadbają twoi klienci. I to o nich będzie tu mowa.


wakacje nad morzem śródziemnym

Customer service – czyli obsługa klienta – jak chcą niektórzy, to sztuka kopnięcia kogoś w d... (względnie spuszczenia go ze schodów) tak, żeby ci jeszcze za to dziękował. Nieeee.... tak nie możemy do tego podchodzić. Nawet, jak oni się starają, aby tak było. Bo tak rzecz wygląda na pierwszy rzut oka. Obowiązuje Prawo Murphy'ego. Jak coś się może zepsuć, to się zepsuje.


Ale spokojnie, jak już stwierdziłem ja, którego Prawo Murphy'ego dotyczy właściwie codziennie, tak nie jest zawsze w tym biznesie. Zdarza się – ale co cię nie zabije, to cię wzmocni. Człowiek uczy się na błędach. Nauczyłem się już dużo.

Kiedy zgłosił się do mnie pierwszy klient, przez znaną w całym świecie platformę (nie wymieniam, bo jednak tu się słabo sprawdza) byłem pewien, że wszystko działa. Tak wszak zapewniał polski personel firmy, która sprzedawała mi nieruchomość. „Pan się nie martwi, wszystko załatwimy”. Tymczasem, kiedy przyszło co do czego, ich hiszpański kolega naskoczył na mnie, że „tu jest nic nie gotowe”... Polskie konsultantki nie odbierały telefonu.
Było gotowe, reszta miała być. Tymczasem hiszpańscy koledzy postawili telewizor i podłączyli go tylko do prądu. Do anteny już nie...

No i przyjechał człowiek, Hiszpan zresztą, i zaczął narzekać. Na tę telewizję, coś z pralką nie tak, patelnia nie taka... Spanikowałem i dałem mu lokal za darmo. W końcu mój pierwszy klient.
Telewizor podłączył sam (dziś chce do mnie wracać, kiedy tylko miałbym wolne).

Na szczęście zbliżało się lato i pojechaliśmy sami do swojego domu na wakacje. Fakt faktem, coś było na rzeczy. Na dodatek ten mój pierwszy klient zostawił w owej pralce swoje pranie. I pojechał – i nie upominał się. A tu gniło.
Wyrzuciłem całość nie robiąc śledztwa, czemu pralka szwankuje. Kupiłem nową. W ogóle, sprawdziłem na sobie jak się tam mieszka. A mieszkało się rewelacyjnie.

Ale to nie pomogło. Miałem jeszcze ze dwóch klientów tego lata, aż przyjechał pewien Anglik na trzy tygodnie. Po pierwszym dniu miałem skargi. Najpierw, że żarówka się spaliła – na zewnątrz. Później, że mu kontakt wypadł ze ściany. Żarówka komunalna (apartamentowiec), niby nie moja sprawa, ale przecież zmienię. Kontakt powinien być „na sicher”, mój błąd, nie wpadłem na pomysł szarpania wszystkich kontaktów, czy aby siedzą bez wątpliwości. Już więc wysyłam ludzi, w trybie pilnym!

Niestety, jemu było mało, wyprowadził się i domagał się zwrotu pieniędzy. Próby negocjacji nie miały szans powodzenia, więc powiedziałem – spadaj na drzewo. Tripadvisor nie uznał jego pretensji za racjonalne i to by było na tyle.

Kolejne przypadki nie były aż tak drastyczne, ale też ciekawe. Już po wynajęciu (co oznacza zatwierdzenie warunków – wypadałoby je znać), zgłosiła się do mnie również hiszpańska rodzina, która domagała się udostępnienia „pokoju dla palących”. Nie mam takiego, o czym pisze w opisie nieruchomości. Dostałem... niską ocenę czystości – i wysoką personelu (sprzątającego).

Nie wiem, czy narodowość klienta ma znaczenie, pewnie trzeba by zrobić badania, ale świetne doświadczenia mam z osobami z Irlandii. Nawet takie, że powracają.
Sporo osób zagląda do mnie z Belgii (czemu nie z Holandii?) i ze Szwajcarii. Na dodatek zostawiają dobre oceny. To fajnie, ale niezwykle interesuje mnie przyczyna takiego obrotu spraw. To się może przydać na przyszłość. Będę badał.

Osobna sprawa to klienci rosyjscy. Miałem ich już sporo... do połowy. Otóż rezerwują, np. na okres aż miesiąca, za to pół roku wcześniej, i np. na dwa miesiące przed wakacjami odwołują. Do tej pory żaden z nich nie spędził u mnie wakacji.
Noszę się z z zamiarem całkowitego pozbycia się tego elementu. I w ogóle z Europy Wschodniej. Nie, to nie jest „rasizm”. Każdy ma prawo odwołać, ale jak oni wszyscy tak robią, a np. Belg żaden....
Nie wiem jeszcze jak to zrobić formalnie, ale jakoś to zrobię. Nie rokują.

Znaczna część z was bazuje na klientach z Polski. Rozumiem i doceniam. Jednak ten sektor ma swoje bardzo wyraźne plusy i minusy. Klientela wychowana na turnusach z Funduszu Wczasów Pracowniczych jest dość specyficzna. Nadaje się dla tych z was, którzy mieszkają tuż przy plaży i dostarczą im ile się da wprost do dzioba. Doradzam również posiadanie dmuchanego krokodyla i parawanu. To może być hit.
Większość wciąż nie ogarnia serwisu booking i wyszukiwania tanich lotów na Skyscanner czy Kiwi. Wynajmowanie samochodu i posługiwanie się obcym językiem może budzić przerażenie.

Ale przecież nie wszyscy są tacy. Moi polscy klienci byli znakomici – może dlatego, że oprócz tego co dobre, powiedziałem o wszystkim co się może nie podobać? Trzeba być szczerym i nie tylko zachwalać.
Tym podobało się wszystko. Oby więcej takich. Dla nich już jest discount.



środa, 27 września 2017

Nie dajcie się oskubać

czyli wybór administratora nieruchomości wakacyjnej


Wakacyjny wynajem nieruchomości, to biznes, którym rzadko można zajmować się całkowicie samemu. Z reguły koło nas kręcą się firmy/ludzie, którzy „chcą nam pomóc”, według niektórych – na nas żerują – a na pewno po prostu robią swój biznes. Co samo w sobie jest zupełnie normalne, choć warto przyjrzeć im się dobrze i powiedzmy sobie szczerze – traktować jednak instrumentalnie, bez sentymentów.

wynajem domu na wakacje
No niestety. Jakbyście się nie lubili, przecież oni was zostawią na lodzie, kiedy robota dla was przestanie im się opłacać. Nie robią tego z dobroci serca (choć mogą być całkiem sympatyczni i mili), to jest po prostu interes. I kiedy wam oni przestaną się opłacać, to się ich też pozbądźcie.

Poczynając od agencji, która organizowała dla was zakup nieruchomości. Miała zajmować się i wynajmem, prawda? Tymczasem nagle straciła wami zainteresowanie. Niby tym wynajmem się zajmuje, ale o ile przedtem dosłownie wam nadskakiwali, to teraz nawet skontaktować się trudno.
Zaś administrując dla was nieruchomość, liczą sobie za wszystko jak za zboże. Do tego reagują na wszystko powoli (mañana?) i mają ograniczone godziny urzędowania. Tak dla was, jak i dla waszych lokatorów - po prostu ich najczęściej nie ma. Tak więc – do widzenia.

Tłumaczyć nie trzeba, że w wyborze administratora (nie przesadzajmy – czasami po prostu sprzątacza, który też da klucze) cena jest jednym z głównych kryteriów. To nie może być tak, że w rzeczywistości to zarabiali będą wszyscy którzy się kręcą wokół was, a dla was pozostaną jakieś ochłapy, po odliczeniu kosztów.
Bierzmy też pod uwagę, ile zarabia ludność w tym kraju – o ile w ogóle zarabia. To sugeruje, że da się bardzo często znaleźć kogoś, kto będzie dla was pracował taniej. Tyle, że nie trzeba się ograniczać do rodaków. No i żeby ten lokalny "dobry człowiek" miał jakąś etykę pracy...

Wypada zwrócić uwagę na techniki, którymi posługują się administratorzy. Bywa, że opierają się one na odpowiednim użyciu słowa. Np. „Czynności związane z meldowaniem i wymeldowaniem wczasowiczów”, „Meet and greet” itd. Ale jakie, cholera, czynności? Po prostu daj mój klucz człowieku, a później zabierz. To, że ewentualnie (jeżeli nie było to wcześniej wliczone w cenę) weźmiesz od turysty pięć dych (tak, są tacy) albo stówkę za sprzątanie – to twój biznes, a nie mój.
Jaki cel ma piękne lub obszerne nazywanie „czynności”? Ano taki, aby sprawić wrażenie, że jest ich więcej niż naprawdę jest, względnie są jakoś tam skomplikowane. A co za tym idzie – droższe.

Inna obserwacja dotyczy polityki cenowej. Otóż dostajecie na początek taką fajną, przystępną... Po czym okazuje się, że trzeba by za coś jeszcze dopłacić. Tzn. płacić więcej systematycznie. Następnie wypadałoby zrobić to lub tamto – dopłacić. Czy wreszcie inflacja. Słowem – powodów może być wiele. I owszem, zdarzają się takie obiektywne. Ale w niektórych przypadkach zachodzi podejrzenie, że cena początkowa to była wypucha, przynęta. Po niej nadchodzą ceny „kroczące” i stajecie się ofiarą procesu mającego wyciągnąć z was więcej i więcej.

Często nasi „administratorzy” twierdzą, że zajmą się wszystkim...
Robią wszystko? Naprawdę? „Niech się pan/pani nie martwi, wszystkim się zajmiemy”. Zauważyłem, że owszem bywają „administratorami”, ale tylko do momentu, kiedy nie pojawią się problemy. Wtedy, załatwiaj sobie sam.

Jak widać powyżej, użyłem sformułowań nie tylko polskich. Bo dla jasności – nie chodzi tu o polskie firmy/osoby obsługujące właścicieli nieruchomości wakacyjnych. Czy też, nie tylko o polskie.
A jednak - uwaga! Polecam spiknięcie się z Anglikami. U nich jakoś łatwo da się wiele rzeczy załatwić, są elastyczni i tacy „easygoing”.
Co nie znaczy, że nie ma wcale sumiennych, polskich administratorów. Trzeba szukać, pytać, analizować, porównywać. A wiedzą dzielić się z innymi na publicznych forach i w ten sposób rynek się zdyscyplinuje. No i konkurencja będzie miała zdrowsze podstawy.

wtorek, 11 lipca 2017

Nie tak łatwo z tym wynajmem

Chcąc wynajmować swoją nieruchomość w Hiszpanii musicie wziąć pod uwagę, że to może być źródło dochodu, nawet trochę zabawy – ale i co najmniej kilka problemów.  Poruszę tu te prawno-skarbowe. Bo tu jest niezły bałagan, uwarunkowania się zmieniają; a wynajem jest dozwolony... ale i nie.

I nie mam tu na myśli tych regionów Hiszpanii, gdzie mówią nie-rezydentom całkowicie nie i już. Ale gdzie indziej jest tak, że na dwoje babka wróżyła. Bo regiony hiszpańskie pod względem prawodawstwa, czy też jego części, się różnią.
Tak więc możliwa jest np. taka sytuacja, że prawo zasadniczo dopuszcza wynajem nieruchomości wakacyjnych, ale utrudnia tak, że praktycznie uniemożliwia poprawne rozliczenie podatku – choć dalej za brak tegoż rozliczenia karze.

Ale po kolei. Licencja turystyczna wydaje się być podstawowym warunkiem, który trzeba spełnić, aby wynajmować turystom dom w Hiszpanii. Aplikować o nią może każdy, nie-rezydent też - i po spełnieniu określonych warunków ją dostać. Owe warunki dotyczą przede wszystkim stanu nieruchomości. Proces jest stosunkowo prosty, choć jeśli ktoś nie zna hiszpańskiego, lepiej skorzystać z pośrednika.
I tu pojawia się pewien problem. Pośrednikami dla wielu z nas bywa firma, która pomagała wcześniej w zakupie nieruchomości. Ale tym, którzy już sprzedali wam chatę, nagle przestaje śpieszyć się z innymi usługami, już po sprzedaży. Grunt, że wam towar już upchnęli. No i w ogóle w tym kraju mało komu się śpieszy. A wy już ów dom posiadacie, chcielibyście na nim zarabiać – a nie tylko do niego dopłacać.
Dobrze by było również sprawdzić, na kogo oni tę licencję wyrabiają. Czy będziecie właścicielami owej licencji? Czy też np. będzie nim właściciel agencji nieruchomości? Ma to znaczenie zwłaszcza, kiedy pójdziecie już na swoje. Bo z takimi firmami nie zawsze da się dojść do porozumienia, o czym tu pewnie jeszcze będzie.

Rozliczanie się z podatków jest czynnością wtórną, ale bynajmniej nie drugorzędną. Niektórzy wszakże nie mają z nią żadnego problemu. Dlaczego? Bo działają po partyzancku – nie płacą żadnych podatków. Nic na ten temat nie wiedzą, uważają że jakoś to będzie, że hiszpańskie władze podatkowe nie mają jak dowiedzieć się o ich dochodzie osiąganym w tym kraju. Naciągają kołdrę na oczy i myślą, że ich nie widać.
Fakt, można tak działać długo. Ale gwarancji ile – nie ma. A Hiszpanie lubią karać ciężko. W asortymencie kar jest również zajęcie nieruchomości.

Problem jest jeszcze inny. A mianowicie ci, którzy chcą płacić podatki, nie za bardzo mogą to robić zgodnie z prawem. A to dlatego, że nie-rezydenci powinni składać osobne zeznanie podatkowe za każdego lokatora/turystę, a w tym zeznaniu powinien znaleźć się numer identyfikacji podatkowej owego turysty (zobacz interpretację podatkową). Nierealne, prawda? Cóż, taki kraj.
Są jeszcze tacy, którzy rozliczają się u siebie w kraju. Jednak umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania nie obejmuje wynajmu wakacyjnego. Za ten trzeba płacić podatek w kraju, w którym jest nieruchomość.

No i tacy, którzy korzystają z usług jakiegoś biura księgowego. Niektóre bowiem z nich stosują różne tricki – np. ładując cały przychód na jeden numer identyfikacji podatkowej, czy też na jednego płatnika. Tak jednak, według powyższej interpretacji prawa, nie można.
Są też biura, które po prostu wypełniają dla nas formularz wpisując to, co im powiemy – podany przez nas przychód i wydatki – oraz zostawiając w deklaracji pusty numer płatnika (turysty). Tak też nie można.
Nie mówią wam wszystkiego. Bo by się was pozbyli i nie mieli dochodu. Tak jak strony agencji nieruchomości polskich, brytyjskich i innych oraz posty na różnych forach. Przypominają, że w ogóle to płacić trzeba, omawiają stawki podatkowe, gdzie te podatki należy płacić itd. (to wszystko prawda); tylko nie mówią za co i jak (za każdego klienta, na osobnym zeznaniu, z nr identyikacji podatkowej turysty, co kwartał).

Od razu was nie znajdą. Co będzie później – może dobrze? - to się zobaczy.